Żywot świętego Antoniego Padewskiego (- wersja I)


Święty znany jako Antoni z Padwy, nie miał na imię Antoni i nie urodził się w Padwie. Najczęściej jest on wzywany do pomocy w przypadkach zagubienia jakiegoś przedmiotu, co wydatnie ogranicza pole jego możliwości. Przypomnijmy więc fakty i sprostujmy błędne przekonania, związane z jego osobą.


Św. Antoni pracował niestrudzenie i odznaczał się niezwykłą pamięcią. Znał on Biblię tak doskonale, że mówiono o nim: "Gdyby wszystkie święte Pisma uległy zniszczeniu, Antoni mógłby podyktować je sekretarzowi, aby w ten sposób zostały odtworzone".


Trudno zliczyć cuda, jakie towarzyszyły jego krótkiemu życiu (zmarł, mając zaledwie 36 lat). Został kanonizowany w niespełna rok po swojej śmierci, natomiast w 1946 r., papież Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła, nadając mu przydomek "Doctor Evangelicus".


Ferdynand z Lizbony

Ferdynand (bo takie było prawdziwe imię św. Antoniego z Padwy) urodził się w Lizbonie. Jako najbardziej prawdopodobną datę jego urodzin przyjmuje się 15 sierpnia 1195 r. Nie znamy nazwiska jego rodziców. Wiemy jedynie, że ojciec miał na imię Marcin, a matka - Maria Teresa. O wczesnym dzieciństwie Ferdynanda nie wiadomo praktycznie nic, poza tym, że do 1210 r. uczęszczał do szkoły przykatedralnej, był nadzwyczaj religijnym chłopcem i żywił głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.


Książę ciemności, zgadując, że Ferdynand będzie w przyszłości wielkim świętym, bardzo wcześnie zaczął manifestować swoją obecność. Pewnego dnia, gdy młody człowiek modlił się w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, lampka płonąca przed ołtarzem nagle zgasła i wnętrze świątyni pogrążyło się w mroku. Domyślając się, że chodzi o podstęp szatana, Ferdynand nakreślił palcem na marmurze znak krzyża, a płomień natychmiast zapłonął z powrotem. Zły duch rzucił się do ucieczki, co zostało wyobrażone na jednym z fresków katedry.


U Kanoników Regularnych św. Augustyna

W styczniu 1210 r, Ferdynand, szukając warunków, w których mógłby poświęcić się kontemplacji, wstąpił do kanoników św. Augustyna, nauczających przy kościele św. Wincentego da Fora. Czas dzielono tam między oficjum w chórze, naukę i pracę fizyczną. Augustianie czuwali nad zbawieniem dusz w powierzonych im parafiach.


Młody nowicjusz pilnie studiował teologię i Pismo Święte. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę wykładowców, zarówno swoją gorliwością, jak i nieprzeciętną pamięcią. Zapamiętywał wszystko, co przeczytał, a zdolność ta miała mu przynieść nieocenione korzyści w całym życiu. Mimo perswazji przyjaciół, którzy nie rozumieli nic z jego powołania, po roku Ferdynand złożył pierwsze śluby i chcąc dochować im wierności, poprosił przeora, aby pozwolił mu wyjechać gdzieś daleko. Został więc wysłany do klasztoru Św. Krzyża w Coimbrze, około 200 kilometrów na północ od Lizbony.


W klasztorze Św. Krzyża w Coimbrze

Właśnie w tym mieście rezydował dwór królewski, a w kościołach często odbywały się wspaniałe ceremonie. Ponieważ w Coimbrze mieszkał także Generał zakonu, znajdowała się tam o wiele lepiej zaopatrzona biblioteka, a nauczyciele posiadali rozleglejszą wiedzę niż w Lizbonie. Jak pisze o Ferdynandzie jeden z biografów, "nie przestawał on czytać Pisma Świętego, dniem i nocą, o ile tylko pozwalał mu na to porządek zajęć." Pasjonowały go "konkordancje", wszelkie zestawienia treści Nowego i Starego Testamentu. Zaintrygowany, odkrywał proroctwa mówiące o Chrystusie, najważniejszych wydarzeniach z Jego życia, w tym również o Jego Męce.


W klasztorze Św. Krzyża, brat Ferdynand był furtianem i mógł uczestniczyć w nabożeństwach jedynie duchowo. Śledził on przebieg Mszy św. w myśli i padał na kolana, słysząc dźwięk dzwonka sygnalizującego moment Podniesienia. Kronikarze pisali, że mury "otwierały się" przed nim - znajdował się on jednocześnie na furcie i w kaplicy; słyszał czytania i śpiewy. Gość, który pewnego dnia był świadkiem tego cudu, po "rozstąpieniu się murów", na własne oczy zobaczył Hostię w dłoniach kapłana.


Herezja Katarów

Gdy Ferdynand przebywał w klasztorze Św. Krzyża, na południu Francji i północy Hiszpanii zaczęła szerzyć się herezja katarów. Była ona w pewnej mierze odrodzeniem się manicheizmu - zamiast jednego Boga, według jej wyznawców istnieli dwaj: Bóg Dobra i Bóg Zła. Uwięziona w ciele dusza ludzka traciła więc wszelką wolność. W oczekiwaniu na ostateczne zwycięstwo Boga Dobra, należało wyzwolić się od ciała fizycznego. Ponieważ pochodziło ono od diabła, Pan Jezus nie mógł go przyjąć; Jego Ukrzyżowanie było złudzeniem a Zmartwychwstanie - ludzką fantazją. Brat Ferdynand był przerażony teoriami, wedle których Wcielenie i Odkupienie dokonane przez Chrystusa, traciły cały swój sens.


Katarowie byli poszukiwaczami absolutnej czystości (stąd ich nazwa, wywodząca się od greckiego katharos - czysty). Godność ich życia wywierała wrażenie na innych wierzących, którzy chętnie się do nich przyłączali. Po kilku latach, Ferdynand otrzymał misję zwalczania tej herezji.


Zamordowanie misjonarzy Franciszkańskich

W 1220 r., mając dwadzieścia pięć lat, Ferdynand został wyświęcony na kapłana w klasztorze Św. Krzyża. Potrzebował on dyspensy, ponieważ w owym czasie wiek kapłana nie mógł być niższy niż trzydzieści lat. Pewnego dnia, odprawiając Mszę św., Ferdynand miał wizję: czyjaś dusza, pod postacią olśniewającej gwiazdy wznosiła się po nieboskłonie na świetlnym obłoku. Ferdynand rozpoznał w niej duszę franciszkanina, żyjącego w eremie św. Antoniego, założonym kilka lat wcześniej w Olivanez nieopodal Coimbry.


Środki transportu były dalekie od tego, czym dysponujemy dzisiaj, ale wieść o św. Franciszku z Asyżu i jego braciach zakonnych dotarły aż tutaj. Ferdynand był urzeczony ich duchem dziecięctwa Bożego, pokorą i całkowitym ubóstwem; żyli oni wyłącznie z jałmużny, pozbawieni wszelkiego komfortu, nauczając zarówno w kościołach, jak i poza nimi. Tak jak ich mistrz, Franciszek, pozdrawiali się wzajemnie słowami "Pokój i dobro!"


Ferdynanda pociągała duchowość franciszkańska. Św. Franciszek mawiał: "Miłość nie jest kochana!" Nie mogąc samemu zostać misjonarzem, wysłał on pięciu swoich braci zakonnych do Maroka przez Portugalię, aby na miejscu ewangelizowali muzułmanów. Ferdynand żył wówczas w dobrobycie i bezpieczeństwie, wolny od wszelkich zagrożeń. W kilka miesięcy później, do Europy dotarła straszna wiadomość: franciszkańscy misjonarze zostali zamordowani. Brat Ferdynand postanowił porzucić spokojne życie i udać się do eremu w Olivanez, a następnie poprosić o pozwolenie na wyjazd do Maroka, by głosić tam Dobrą Nowinę, a jeśli to będzie konieczne: przyjąć palmę męczeństwa.

Wstąpienie do zakonu Franciszkanów

W klasztorze św. Krzyża przywdział on habit franciszkański. Ponieważ trzeba było wybrać imię zakonne, nie szukał zbyt długo, decydując się na imię patrona eremu w Olivanez, Antoniego, słynnego anachorety, nazywanego św. Antonim Pustelnikiem. Świeżo upieczony franciszkanin pragnął czym prędzej dostać się do kraju niewiernych, by głosić im Chrystusa, a w razie potrzeby zginąć za wiarę. Reguła przewidywała jednak, że franciszkanie mają podróżować co najmniej we dwóch. Gdy tylko znalazł towarzysza - brata Filipa, wspólnie uzyskali pozwolenie od przełożonego i popłynęli w kierunku Afryki Północnej. Było to wiosną 1221 r.


Kandydat do palmy męczeństwa zapomniał jednak, że do zakonu wstępuje się po to, by pełnić wolę Bożą a nie własną, jakkolwiek chwalebna by ona była. Podróż przebiegła pomyślnie, lecz natychmiast po zejściu na ląd marokański, Ferdynand poczuł osłabienie i dreszcze. Towarzysz zapewniał go, że wszystko wkrótce minie, dolegliwości narastały jednak w ciągu kolejnych tygodni i trzeba było pogodzić się z koniecznością powrotu do domu. Również i to nie było jednak wolą Bożą. Nasi dwaj bracia wsiedli na okręt płynący w kierunku Portugalii, ale przeciwne wiatry i wzburzone morze zmusiły go jednak do zatrzymania się u brzegów Sycylii, w pobliżu Mesyny, o dwie mile od wybrzeża Włoch.


Kapituła Generalna We Włoszech

Nie zwlekając, powędrowali przez Włochy, by dotrzeć do najbliższego klasztoru franciszkańskiego. Tam dowiedzieli się, że Franciszek, którego wszyscy jego zakonnicy czcili jako swego duchowego ojca, zwołał kapitułę generalną Braci Mniejszych do Asyżu, na dzień 31 maja, w którym przypadała uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Chcąc wysłuchać obrad kapituły, mimo odległości około 600 kilometrów, bracia ruszyli w drogę. Zgodnie z regułą, przestrzegali zasady całkowitego ubóstwa, spali pod gołym niebem, żebrali o chleb i z sercem pełnym radości śpiewali godzinki.


Gdy znaleźli się wreszcie w Asyżu, ujrzeli tam tysiące braci ze wszystkich krajów. Kapituła trwała trzy tygodnie. W jej trakcie przypomniano o męczeństwie pięciu braci w Maroku a także poruszono delikatną sprawę formacji nowicjuszy. Początkowo, Franciszek był zdania, że bracia nie powinni długo studiować, ponieważ obawiał się, iż "duch polemiki sprzeciwi się zgłębianiu tajemnic Bożych". W czasie trwania kapituły, założyciel uznał potrzebę posiadania przez braci choć minimalnej wiedzy teologicznej i biblijnej oraz zgodził się wprowadzić odpowiednie zmiany w regule zgromadzenia. Przy tej samej okazji ustanowiony został Trzeci Zakon Franciszkański.


W eremie na Monte Paolo

Na zakończenie Kapituły Generalnej, przydzielono zadania misyjne i miejsca pobytu w poszczególnych klasztorach. Na dwóch nieznanych nikomu Portugalczyków nikt nie zwracał uwagi. Minister generalny wyznaczył jednak misję bratu Filipowi. Antoni okazywał tak wielką skromność, że "wszyscy go ignorowali i sądzili, że jest on pozbawiony jakichkolwiek zdolności". Wydaje się, że tylko on został pominięty i z pokorą oczekiwał woli Bożej.


Ojciec prowincjał podszedł do niego i wspominając o potrzebie obecności kapłanów w klasztorach, westchnął:

- Gdybyś przynajmniej był kapłanem!
- Jestem nim - odpowiedział Antoni.
- Czy chcesz zamieszkać w górach razem z ubogimi braćmi?
- Bardzo chcę, jeśli tylko Bóg będzie przez to uwielbiony!

Antoni został wysłany do Romanii, w Apeniny, niedaleko Forli. W eremie na zboczu Monte Paolo mieszkało czterech braci, dla których zaczął codziennie odprawiać Mszę św. Wkrótce, twierdząc, że "nie nadaje się do niczego innego" poprosił on gwardiana, swojego przełożonego, aby pozwolił mu wykonywać najpodlejsze prace. Antoni odkrył też bardziej odosobnioną grotę, w której chronił się codziennie, aby po odprawieniu Mszy i spełnieniu najniewdzięczniejszych obowiązków oddawać się kontemplacji. W ten sposób spędził on rok.


Przełomowe kazanie

Wiosną 1222 r., pewne zdarzenie miało wydobyć na jaw skarby zgromadzone w duszy tego aż nazbyt pokornego zakonnika. Kilku braci franciszkanów i kaznodziejów oczekiwało święceń w Forli. Katedra pękała w szwach. Superior franciszkanów, chcąc uhonorować swego dominikańskiego brata, zaproponował, aby któryś z jego zakonników wygłosił kazanie. Ponieważ każdy z dominikanów wymawiał się po kolei, ich przełożony zwrócił się z tą prośbą do franciszkanów, z podobnym skutkiem. Gdy okazało się, że nikt nie chce dobrowolnie wygłosić collatio, przełożony franciszkański wyznaczył brata Antoniego, mimo przekonania, że nie posiada on dogłębnej wiedzy o Piśmie Świętym. Wszyscy byli pewni, że skromny braciszek się skompromituje i z góry mu współczuli.


Antoni poczuł tremę, gdyż słyszał o rozległej wiedzy i krasomówstwie braci kaznodziejów. W dodatku polecenie zaskoczyło go i nie miał wcześniej okazji, aby cokolwiek przygotować. Jak powiada kronikarz, "rozpoczął on z prostotą. W miarę rozwijania tematu, jego głos przybierał na sile, a w trakcie przedstawiania doktryn mistycznych stał się tak donośny, że napełnił słuchaczy najwyższym podziwem (summa admiratio)".


Przyszły Doktor Kościoła

Dwie rzeczy przykuły uwagę przełożonych obydwu zakonów: po pierwsze - obfitość cytatów, wygłaszanych bez korzystania z jakichkolwiek notatek, po drugie - trafne i nie stosowane dotąd porównania między różnymi fragmentami Pisma Świętego. Dla Antoniego, zgodnie ze starą maksymą, Nowy Testament został zawarty w Starym, a ten z kolei znalazł wyjaśnienie w Nowym (Novum Testamentum in veteri latet, Vetus Testamentum in novo patet). Skąd brał się ów głos pełen mądrości i umiłowania braci? Skąd, mimo niezwykłej wiedzy i elokwencji, tak wiele pokory? Antoni zawsze ślepo ufał Opatrzności Bożej. Sam Pan Jezus uprzedzał Apostołów: "nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam podane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was." Słowa te spełniały się właśnie w życiu św. Antoniego.


Przełożony pośpiesznie skontaktował się ze św. Franciszkiem z Asyżu, który nie był kapłanem ani uczonym i w swojej pokorze nigdy nie pretendował do kapłaństwa. Od tej chwili, Poverello zaczął nazywać Antoniego "biskupem". Pokorny brat wyszedł z cienia, został mianowany profesorem teologii na uniwersytecie w Bolonii, gdzie wykładał przez dwa lata (1223-24), "sumiennie i precyzyjnie".
W swoim liście, Franciszek zwrócił się do niego w następujących słowach: "Do Brata Antoniego, mojego biskupa. Pozdrawia Cię brat Franciszek. Uważam, że powinieneś wykładać świętą teologię naszym braciom. Jak jest to jednak napisane w regule, czuwaj nad tym, aby Duch i modlitwa nie zgasły w ich sercach. Z Bogiem!"


Misje we Francji

Pod koniec 1224 roku, Franciszek z Asyżu uznał, że nadeszła pora, by powierzyć Bratu Antoniemu ważną misję nawrócenia południowej Francji, w której, z wyjątkiem Prowansji, szerzyła się herezja katarów. Antoni bronił prawdziwej wiary tak przekonująco, że nazwano go "młotem na heretyków". Tego samego roku, 14 września, w uroczystość Podwyższenia Krzyża św., założyciel Braci Mniejszych otrzymał stygmaty Męki Pańskiej.


Pierwszy etap: Montpellier, miasto uniwersyteckie, które pozostało wierne Kościołowi. Kilka mil dalej znajdowało się jednak heretyckie Beziers. Zgodnie z Regułą, kaznodziei towarzyszył inny brat. Antoni był cenionym na Uniwersytecie profesorem teologii. Swoje wykłady przygotowywał na piśmie.


Pewnego dnia zauważył zniknięcie swoich notatek, a jednocześnie dowiedział się, że pewien nowicjusz opuścił zakon i klasztor. Później okazało się, że pragnął on zdobyć rozgłos, pisząc książkę na podstawie notatek Antoniego i opatrując ją swoim imieniem. Antoni natychmiast rozpoznał w tym dzieło szatana, pragnącego powstrzymać nadejście Królestwa Bożego. Pogrążył się w modlitwie i rozkazał szatanowi oddać notatki. Ten, posłuszny nakazowi świętego, wyruszył z siekierą w ręku na spotkanie nowicjuszowi. Gdy uciekinier zamierzał właśnie przeprawić się przez most, diabeł grożąc mu zabiciem i wrzuceniem do rzeki, zmusił go do natychmiastowego odniesienia Bratu Antoniemu skradzionych zapisków. Nowicjusz pobiegł do klasztoru, poprosił o przebaczenie swojego postępku i został wzorowym zakonnikiem. Podobno ten epizod przysporzył Antoniemu reputacji świętego, którego charyzmatem jest odnajdywanie rzeczy zagubionych.


W Tuluzie i le Puy

Drugi etap: Tuluza (1225), gdzie trzy lata wcześniej został założony klasztor Braci Mniejszych. Święty Dominik ani biskup Foulgues nie odnieśli większych sukcesów, nawracając heretyków. Trzeba dodać, że stan wiary ludzi świeckich, a nawet duchownych, był opłakany. Brat Antoni zaczął przekonywać kapłanów, że zachowując się z większą godnością, pozbyliby się także problemu herezji. Jeden z kronikarzy lokalizuje właśnie w Tuluzie cud, którego główną "bohaterką" była mulica. Inni uważają, że działo się to w Rimini. Być może podobne wydarzenie miało miejsce kilkakrotnie. Powrócimy do niego potem.


Trzeci etap Le Puy: Antoni pełnił tam funkcję gwardiana (przełożonego), nieustannie "zachęcając Braci do miłowania dyscypliny i praktykowania cnót ewangelicznych, służąc im własnym przykładem." W ten sposób sprawił, że "pobożność rozkwitła ponownie" wśród zakonników. Kronikarz przytacza następującą anegdotę związaną z pobytem świętego w tym mieście. Pewna kobieta z całego serca pragnęła usłyszeć nauki Antoniego, ponieważ jednak jej mąż się temu sprzeciwiał, wolno jej było jedynie spoglądać przez okno w kierunku miejsca, w którym przemawiał kaznodzieja. Ku swojemu zdumieniu, mimo odległości ok. trzech kilometrów, zaczęła ona słyszeć wyraźnie każde jego słowo. Mąż w pierwszej chwili uznał ją za szaloną, gdy jednak podszedł do okna, sam także usłyszał słowa kazania, nawrócił się i od tej pory codziennie, razem z żoną chodził słuchać Brata Antoniego.


W Bourges i w Brive

Stamtąd, nasz bohater powędrował do Bourges, gdzie nawrócił biskupa, wzywając go do większej świętości życia. Jeden z kronikarzy umieszcza tu słynny "cud mulicy". Brat Antoni głosił kazanie o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii. Pewien sceptyk pokpiwał sobie z niego i powtarzał, że musi zobaczyć, aby uwierzyć. Antoni publicznie przyjął wyzwanie, prosząc, aby ów człowiek przyprowadził swoją mulicę na plac targowy. Nazajutrz zebrał się tam gęsty tłum. Święty przybył na miejsce, niosąc Najświętszy Sakrament. Wówczas zwierzę porzuciło swoją wiązkę siana i skłoniło kolana przed Zbawicielem. Ów sceptyk, Żyd o imieniu Zachariasz, poczuł głębokie zmieszanie... i nawrócił się.


Następnie, Brat Antoni spędził ponad rok w Brive (1225-26). Miasto zachowało żywe wspomnienia o jego obecności a nabożeństwo do św. Antoniego jest w nim ciągle bardzo popularne (niektórzy nawet nazywali go św. Antonim z Brive). Można tu odwiedzić grotę, w której mieszkał. Później udał się do Limoges, gdzie głosił kazania i dokonał licznych cudów. Wszędzie przybywano tłumnie, by go zobaczyć i usłyszeć; posiadając ewidentny dar języków, doskonale opanował on miejscowy dialekt.


Antoni - cudotwórca

Trudno zliczyć cuda przypisywane św. Antoniemu, jakie wydarzyły się za jego życia i po śmierci: bilokacje, cud mulicy (być może wielokrotny), uzdrowienia, wskrzeszenia...
Pewnego dnia, klasztorowi w Brive zabrakło cebuli. Ojciec Antoni wysłał jednego z Braci do pobożnej niewiasty, właścicielki ogrodu warzywnego. Gdy ta wybierała się w drogę, na miasto spadł rzęsisty deszcz. Kobieta wyszła jednak z domu, udała się do ogrodu i wróciła ze swoim cennym ładunkiem... a mimo to nie spadła na nią ani jedna kropla deszczu. Innym razem, Antoni nauczał pod gołym niebem. Nagła ulewa spłynęła potokami na miasto, omijając jednak słuchaczy zgromadzonych wokół świętego, tak, że nie poczuli na sobie ani kropli wody.


Pewnego popołudnia, w Limoges, Antoni przemawiał w kościele do tłumu, który z braku miejsca wylewał się także na zewnątrz. W tym samym czasie... odprawiał nabożeństwo w kaplicy Braci Mniejszych. Kiedy indziej, w Saint-Junien, kilka kilometrów od Limoges, przewidując obecność mas, które nie pomieściłyby się w kościele, wzniesiono trybunę dla kaznodziei oraz notabli. Brat Antoni zapowiedział atak szatana i uprzedził, że nie należy się nim przejmować. Istotnie, po pewnym czasie trybuna zaczęła się zapadać. Tłum rzucił się do ucieczki i wrócił, wiedziony ciekawością. Nikt nie został ranny, a święty mógł wygłosić kazanie które zostało przyjęte z zainteresowaniem, jakie łatwo sobie wyobrazić.


Któregoś wieczoru, młoda matka, wszedłszy do domu po wysłuchaniu nauki Antoniego, zastała swoje dziecko martwe w kołysce. Pobiegła natychmiast do kaznodziei, by usłyszeć, że nie powinna rozpaczać, gdyż "Pan się ulituje". W domu znalazła dziecko żywe, pochłonięte zabawą.


W Rimini

Po śmierci Franciszka z Asyżu 3 października 1227 roku, zwołana została kapituła nadzwyczajna, na którą udał się także Antoni. Wiosną tego samego roku opuścił on Francję definitywnie. Podczas kapituły generalnej został mianowany Prowincjałem Emilii, Lombardii i Wenecji. Zamieszkał w Bolonii i wyruszył w drogę, aby odwiedzić swoją prowincję. Zaczął od Rimini nad Adriatykiem. Od początków chrześcijaństwa było ono siedliskiem herezji. W IV wieku n.e., arianie (nie uznający bóstwa Chrystusa) przyczynili się do wygnania św. Hilarego (pochodzącego z Poitiers). Od owego czasu miasto nie przeszło prawdziwego nawrócenia.


Antoni zamierzał nauczać w kościele, nikt jednak nie przyszedł. Żaden słuchacz nie pojawił się także na placu. Wówczas, święty powiadomił mieszkańców, że ci, którzy następnej niedzieli zechcą przyjść na plażę, zobaczą cuda. W oznaczonym dniu na plaży zebrał się tłum ciekawskich. Nie zważając na nich, Antoni zwrócił się twarzą ku morzu i stając w wodzie, zaczął przemawiać do ryb: "Wy, ryby tego morza, posłuchajcie słowa Bożego, którym wzgardzili heretycy..." Na te słowa, ławice ryb zaczęły podpływać ku świętemu, z najmniejszymi rybkami na czele i najdorodniejszymi na końcu, a podnosząc głowy, wszystkie zdawały się uważnie słuchać Bożego słowa. Ich liczba ciągle wzrastała. Brat Antoni wykładał im katechizm, opierając się na cytatach ze Starego i Nowego Testamentu. Swoje kazanie zakończył słowami "Niech będzie błogosławiony Bóg przedwieczny, gdyż ryby oddają mu chwałę lepiej, niż heretycy". Tłum, który znacznie się powiększył, na widok tego cudu padł na kolana. Wówczas Antoni pobłogosławił ryby i odesłał je.


Dzięki temu zdarzeniu nawróciło się wielu mieszkańców Rimini. Znalazło się jednak kilku opornych, którzy, zazdrośni o sukces, zaprosili Antoniego na obiad, pod pretekstem szukania wyjaśnień, a w rzeczywistości po to, aby go zgładzić. Potrawy, jakie mu podano, były zatrute, Duch Święty jednak go ostrzegł. Antoni uczynił nad nimi znak krzyża i spożywszy je, nie odczuł żadnych dolegliwości. Tak, jak do tej pory, i tym razem potraktował on literalnie Ewangelię, w której zapisane są słowa Chrystusa: "jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić".


W Padwie

W 1230 (wreszcie!) Prowincjał udał się do Padwy (wskutek czego został później nazwany świętym Antonim z Padwy, a śmierć jego miała nadejść w następnym roku). Niestrudzenie wizytował on swoją prowincję, mnożąc kazania i cuda, które owocowały licznymi nawróceniami wśród ludności. Zawsze miał on w pamięci powiedzonko świętego Założyciela zakonu, Franciszka z Asyżu, który zwykł powtarzać: "Jeśli chcesz być kaznodzieją, musisz stać się przede wszystkim człowiekiem modlitwy". Jego rada nigdy nie utraciła swojej aktualności.


Tegoż roku, Antoni przestał pełnić funkcję Prowincjała, by objąć katedrę teologii i nauczać Braci. Zredagował Kazania na niedziele, po których wkrótce napisał także Kazania na dni świąteczne. Powoływał się w nich na całe Pismo Święte, wskazując tak bliskie jego egzegezie paralele między Starym a Nowym Testamentem.


Misja zakończona

W 1231 Antoni wygłaszał w Padwie codzienne kazania wielkopostne. Mimo młodego wieku był już wyczerpany życiem wypełnionym pracą i rozmaitymi umartwieniami. W piątek 13 czerwca nie mógł wrócić do celi o własnych siłach; potrzebował do tego pomocy dwóch Braci. Wyspowiadał się i wzmocnił na tyle, by zaśpiewać swój ulubiony hymn do Najświętszej Maryi Panny; wreszcie jego wzrok zatrzymał się w pewnym punkcie. Spowiednik zapytał go, co zobaczył. "Widzę mego Pana" - odrzekł Antoni. Przyjął ostatnie namaszczenie i w kilka minut później spokojnie oddał ducha. Przeżył zaledwie 36 lat, ale jak pełne treści było jego życie!


30 maja 1232 roku, po procesie kanonicznym został ogłoszony świętym, a krótkie zdanie wypowiedziane przez papieża pozwalało przewidywać, że pewnego dnia, będzie on mianowany Doktorem Kościoła. Gdy w 1263 roku dokonywano uroczystego przeniesienia jego szczątków, okazało się, że cało ciało Antoniego uległo rozkładowi oprócz języka, który w stanie nienaruszonym umieszczono w relikwiarzu.


Żywot św. Antoniego z Padwy - wersja II


Dzieciństwo

Chociaż Padwa, miasto w północnych Włoszech, stała się miastem św. Antoniego i jej nazwa służy do odróżnienia go od innych jego imienników, to nie ona była jego ojczyzną. Św. Antoni urodził się około r. 1191 i wychował w dalekiej Lizbonie, stolicy dzisiejszej Portugalii. Rodzice jego Marcin i Maria należeli do rycerskiego rodu i posiadali prawdopodobnie znaczny majątek. Dzięki temu mogli zapewnić swemu synowi, któremu nadali na chrzcie imię Ferdynanda, wychowanie i wykształcenie stosowne do jego pochodzenia.


Pierwsze lata swego życia spędził Fernando pod wyłączną opieką matki. Ojciec spełniał obowiązki na dworze królewskim i często bywał poza domem. Chłopiec odznaczał się dużymi zdolnościami, a dzięki troskliwości matki zdobył nie tylko ogładę i dobre maniery, ale w miejscowej szkole katedralnej podstawowe wiadomości przydatne do dalszych studiów. Tak upłynęło mu pierwszych piętnaście lat życia.


W klasztorze Kanoników Regularnych w Lizbonie.

Nie znamy dokładnie motywów, które skłoniły młodego Fernanda do wstąpienia właśnie w tym wieku do klasztoru Kanoników Regularnych w Lizbonie. Jedni widzą w tym chęć uchronienia się przed pokusami świata, inni przemożną siłę powołania, inni wreszcie przypisują to utracie w tym czasie obydwojga rodziców. Faktem jest, że w piętnastym lub szesnastym roku życia zapukał do furty klasztornej i został przyjęty. Nie było to wydarzeniem niezwykłym. Wielu młodzieńców czyniło podobnie może tylko nie w tak młodym wieku. Historycy wspominają, że krewni próbowali odwieść go od tego kroku i nawet w klasztorze nie dawali mu spokoju. Nie ma natomiast wzmianek o rodzicach, może rzeczywiście w tym czasie już nie żyli. Fernando trwał przy swoim postanowieniu i ażeby uniknąć dalszego nachodzenia przez krewnych, poprosił przełożonych o przeniesienie go z Lizbony. Przy ówczesnej organizacji tego zgromadzenia nie było to rzeczą łatwą, ale uzyskał taką zgodę i po dwóch latach pobytu przeniósł się do innego, jeszcze większego i sławniejszego klasztoru w Koimbrze. Miasto to wówczas było stolicą kraju i siedzibą jedynego uniwersytetu Portugalii.


W Klasztorze Św. Krzyża w Koimbrze

Klasztor Św. Krzyża w Koimbrze, gdzie Fernando spędził osiem lat, odegrał dużą rolę w jego życia. Tutaj, już w całkowitym spokoju, pogłębił i utrwalił swoje powołanie zakonne i kapłańskie, wszedł w prawdziwy kontakt z Bogiem. i nauczył się odczytywać Jego natchnienia. Korzystając z wysokiego poziomu miejscowej szkoły klasztornej przyswoił sobie znajomość teologii w stopniu rzadko spotykanym, do czego przyczyniły się w dużej mierze jego wybitne zdolności i osobista pilność. Tu odkrył również źródło, z którego odtąd czerpać będzie obficie: Pismo święte. Tak często było ono jego lekturą, że nauczył się go prawie na pamięć. Pracowite były te lata, ale też staną się one nieocenionym przygotowaniem do zadań, jakie mu Bóg zamierzył zlecić. Tutaj prawdopodobnie otrzymał również święcenia kapłańskie.


Pogrzeb pięciu męczenników Franciszkańskich

Unormowany tryb życia i zajęć młodego studenta, zakonnika i kapłana został jednak nagle zakłócony. Powodem tego stało się wydarzenie, którego Koimbra, a zwłaszcza sam klasztor Św. Krzyża stał się świadkiem. Oto przywieziono tu trumny pięciu braci z zakonu św. Franciszka, którzy niedawno w dniu 16 stycznia 1220 r. ponieśli śmierć męczeńską w niedalekim Maroku z rąk mahometan. Ich pogrzeb stał się olbrzymią manifestacją religijną i hołdem dla nieustraszonych głosicieli Chrystusowej Ewangelii wyniesionych później na ołtarze. Fernando przeżył głęboko ten moment i zrozumiał go jako głos Boży skierowany wyraźnie do niego. Tak szczery był jego zapał i siła przekonywania, że uzyskał od swych przełożonych zgodę i pozwolenie na przejście do tego zakonu, który wydał męczenników za wiarę. Wydawało mu się, że przyobleczenie tego samego habitu jest warunkiem, by im dorównać w chrześcijańskiej gorliwości. Koło Koimbry mieli już Bracia Mniejsi mały klasztorek pod wezwaniem św. Antoniego Pustelnika. Fernando otrzymując habit franciszkański otrzymał również imię patrona tego miejsca. Odtąd znany będzie już tylko jako brat Antoni. Jego dotychczasowi przełożeni i współbracia zdawali sobie sprawę kogo tracą. Jeden z nich miał zażartować, że w nowym zakonie zostanie z pewnością świętym. Kiedy się dowiesz, że jestem święty, będziesz chwalił Boga - odpowiedział pokornie odchodzący. Miał wówczas 29 lat.


Na misjach

Jedyną prośbą, jaką zgłosił prosząc nowych przełożonych o habit, było pragnienie dołączenia do nowej wyprawy misyjnej do krajów mahometańskich. Tak gorąca była ta prośba, że już pod koniec roku 1220, a więc po kilku dopiero miesiącach pobytu w zakonie franciszkańskim, przełożony prowincjalny udzielił mu potrzebnego pozwolenia. Antoni był przekonany, że on także głosząc Chrystusa niewiernym uzyska wnet palmę męczeństwa. Przekonał się jednak, że nie tak łatwo odczytać w planach Bożych swoje przeznaczenie. Stanąwszy na ziemi afrykańskiej Antoni marzył, że stanie się tu spadkobiercą św. Augustyna, jego ulubionego mistrza, który tu kiedyś żył i działał. Ale los uwziął się na niego. Ludność Maroka przeżywała trudny okres z powodu posuchy i idącego za nią głodu. Antoni nie znajdował chętnych słuchaczy. Na domiar złego wnet sam zapadł na chorobę, prawdopodobnie febrę, która odebrała mu całkowicie siły. Borykał się z nią przez trzy miesiące, aż wreszcie miejscowi kupcy chrześcijańscy przekonali go, że klimat tej ziemi jest zabójczy dla jego zdrowia. Może i sam doszedł do wniosku, że Bóg ma inne zamiary względem niego. Pozostał mu niesławny powrót do ojczyzny...


We Włoszech

Nie przypuszczał ani on, ani jego afrykańscy przyjaciele, że okręt, na jaki wsiadł, nie zawiezie go do ojczyzny, że Opatrzność oszczędzi mu niesławnego powrotu. Chwyciła ich nagła burza i rzucała statkiem przez kilka dni po morzu aż wreszcie wyrzuciła go na wybrzeże Sycylii. Tak najmniej spodziewanie znalazł się Antoni w ojczyźnie św. Franciszka. Była to wiosna roku 1221. W małym klasztorku franciszkańskim koło Messyny przebył jakiś czas przychodząc do zdrowia. Gdy w maju miejscowi bracia zaczęli zbierać się na kapitułę generalną w Asyżu, na którą każdy miał wstęp, wybrał się z nimi i Antoni. Zobaczy tam przecie kwiat swego zakonu, który tak mało jeszcze znał, a przede wszystkim samego założyciela, św. Franciszka, którego był ogromnie ciekaw. Myślał, że może już nigdy nie będzie miał takiej okazji.


Kapituła_Generalna

Wśród około trzech tysięcy braci, którzy przybyli na kapitułę z różnych krajów, Antoni nie zwrócił na siebie najmniejszej uwagi. Nikt nie znał jego ani on nikogo. Widział jednak św. Franciszka, przysłuchiwał się obradom, dzielił zapał pierwszych franciszkanów. Gdy pod koniec kapituły rozdzielano urzędy i obowiązki, Antoni pozostał bez przydziału. Dopiero kiedy opustoszała Porcjunkula, obecny jeszcze prowincjał Romanii br. Gracjan zabrał go i skierował do pustelni na Monte Paolo, gdzie miał kapelanować kilku braciom pustelnikom.


Po okresie wytężonych studiów w tętniącym życiem klasztorze w Koimbrze, po nerwowym okresie choroby i wyczekiwań na poprawę zdrowia w Maroku, Antoni w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy życia w pustelni miał czas przemyśleć i przemodlić swoje dotychczasowe pragnienia spełnione i zawiedzione, ażeby z całą wewnętrzną uległością powtórzyć za Samuelem: "Mów Panie, bo słucha sługa Twój" (1 Sm 3, 10). Ani bracia zamieszkujący pustelnię, ani przełożeni prowincji nie wiedzieli kim jest ten skromny i milczący brat Antoni z Portugalii.


Nieoczekiwane Kazanie

We wrześniu r. 1221 lub 1222 miała odbyć się kapituła prowincjalna Romami. W niedalekiej Forli zebrała się przedtem grupa braci, ażeby asystować w czasie święceń kapłańskich, jakie niektórzy mieli otrzymać. Byli i goście z zakonu kaznodziejskiego św. Dominika. Znalazł się tu i brat Antoni zdążający na kapitułę.


Przełożony w ostatniej chwili zadecydował, że należałoby wygłosić jakieś kazanie do zgromadzonych. Nikomu przedtem tego nie zlecono, więc nie było chętnych. Czy z przekory czy wiedziony rządzeniem Bożym zwrócił się z tym do Antoniego w formie polecenia. Ten, uważając to za nakaz posłuszeństwa zakonnego nie mógł odmówić.


Obecni znając Antoniego jako pustelnika spodziewali się raczej wesołej zabawy niż poważnego kazania. Ale jakież było ich zdziwienie, gdy Antoni zaczął mówić. Padały słowa jasne i dobrze ze sobą powiązane, pełne mądrości i namaszczenia. Cytaty z Pisma św. były podawane wiernie i właściwie zastosowane. Wierzyć nie chcieli, że głosił je bez przygotowania. A do tego dołączył się głos dźwięczny i pełny, doniosły i czysty.


Wszyscy zdali sobie sprawę, że dokonano tu wielkiego odkrycia, że mają przed sobą znakomitego kaznodzieję, uczonego teologa i świętego zakonnika. Wieść o tym obiegła wnet nie tylko prowincję, ale dotarła do generalnych władz zakonu. Antoni otrzymał zezwolenie i polecenie, by głosił kazania wszędzie: po miastach i grodach, po wsiach i koloniach rolnych. Tak Antoni za pośrednictwem swych przełożonych odnalazł swoją drogę i zlecone mu przez Boga zadanie. Pozostanie mu już wierny do ostatniej godziny swego życia.


Teolog i kaznodzieja

Zanim rozwinie działalność kaznodziejską i misyjną przełożeni zwracają się do niego z poleceniem, by podzielił się swą wiedzą teologiczną z młodszymi braćmi zakonnymi. Sam św. Franciszek własnoręcznie napisał do niego bilecik: Moim życzeniem jest, abyś wykładał świętą teologię braciom, byle tylko podczas tego studium nie gasili w sobie ducha świętej modlitwy i pobożności. W ten sposób staje się pierwszym wykładowcą w zakonie franciszkańskim najpierw w Bolonii, potem w Tuluzie i Montpelier we Francji i wreszcie w Padwie. Ale nauczanie teologii będzie tylko jego zajęciem dorywczym. Głównym jego zajęciem będzie kaznodziejstwo i konfesjonał, a pod koniec życia też działalność pisarska.


Kronikarze nie zapisali dokładnie, gdzie Antoni głosił słowo Boże. Najstarsze opowiadanie podaje ogólnie: Długą byłoby rzeczą wyliczać, ile przebiegł prowincji i ile części ziemi słowem Bożym napełnił. Działalność jego objęła prawie całe Włochy i znaczną część Francji, chociaż trwała tylko niespełna dziewięć lat.


Antoni przemawiał w językach ludowych: włoskim i francuskim, ale kazania szkicował po łacinie. Normalnym miejscem bywały kościoły, ale w razie większego napływu wiernych przemawiał na placach, łąkach. Powodzenie jego kazań było ogromne. Słuchacze przychodzili nie tylko z miejscowości, gdzie się pojawił, ale i z dalszych okolic. Aby sobie zapewnić lepsze miejsce wstawano już w nocy i czekano godzinami. Nawet bogate damy i rycerze przywykli do późnego wstawania odstępowali od swoich zwyczajów i przybywali na miejsce kazania przed wschodem słońca. Słuchaczy bywało niekiedy do dwudziestu i więcej tysięcy ze wszystkich warstw społecznych. Przychodzono w szatach prostych, niekiedy pokutnych, gdyż Antoni gromił zbytek i luksus, nie zważając na godności i stanowiska słuchaczy. W czasie kazania słuchacze zapominali o całym świecie, zapominali nawet o swych obowiązkach, tak że miewali potem z tego powodu kłopoty.


Skuteczność kazań Antoniego

Kronikarze często wspominają o nadzwyczajnych skutkach jego kazań. Grzesznicy gromadami cisnęli się do konfesjonałów i wyznawali swoje grzechy. Niektórzy z nawróconych opowiadali o otrzymanych objawieniach, aby udali się do Świętego, bo tak go wnet zaczęto nazywać, i byli mu posłuszni lub do któregoś z braci dla odprawienia spowiedzi. Zawzięci wrogowie po kazaniu jednali się, ciemiężyciele uwalniali swoje ofiary. Lichwiarze i złodzieje zwracali mienie niesprawiedliwie nabyte. Rozpustnicy zrywali grzeszne znajomości, nałogowcy wracali na uczciwą drogę. Nawet ci, którzy przypadkowo znaleźli się na kazaniu, odchodzili ze zbawiennymi postanowieniami. Raz banda rabusiów, która od lat trudniła się rozbojem na drogach, z ciekawości zjawiła się na kazaniu. Zdawało im się, że Antoni zauważył ich obecność i przemawia wyłącznie do nich. Skruszeni poszli do spowiedzi. Święty zapowiedział każdemu, że jeśli wróci do dawnego życia, wnet spotka się z karzącą ręką sprawiedliwości. Tak się też stało z tymi, którzy zlekceważyli tę przestrogę.


Powodem powodzenia i skuteczności kazań Antoniego, jak podkreślają to wszyscy jego dziejopisarze, była gorąca wiara i świętość życia samego kaznodziei. Jego słowa biły żarem przekonania, płomieniem gorliwości, wewnętrzną siłą, której trudno było się oprzeć. Święty umiał przelewać swego ducha w słuchaczy. Umiał również wytwarzać jakąś dziwną atmosferę, której słuchacze ulegali. On sam jednak zawsze przypisywał to działaniu łaski Bożej.


Sława cudotwórstwa

Rychło wytworzyła się również sława jego cudotwórstwa. Już sama ciekawość ujrzenia cudotwórcy ściągała mu słuchaczy. Kroniki opowiadają o cudach, które miały się zdarzyć w czasie kazania. W Rimini we Włoszech, gdy ludzie wzgardzili jego kazaniem - było to na początku jego działalności - Antoni poszedł nad rzekę i na jego słowo napłynęło tyle ryb, ile tu nigdy nie widziano, i słuchały jego kazania do końca. W Limoges we Francji Święty uciszył burzę, która zerwała się w czasie kazania głoszonego w amfiteatrze. W Saint Junien, również we Francji, zawaliła się prowizoryczna ambona, ale ani kaznodzieja ani słuchacze pod amboną nie doznali uszczerbku.


Jest jednak faktem niezaprzeczalnym, że Antoni był świetnym i potężnym mówcą. Łączył w sobie wszystkie zalety dobrego kaznodziei. Posiadał wyborną pamięć, dzięki której przyswoił sobie prawie całe Pismo św. i która służyła mu szybko tymi tekstami, jakich potrzebował. Posiadał głębokie wykształcenie teologiczne, znajomość pism Ojców i pisarzy kościelnych. Posiadał wreszcie duże, jak na owe czasy wykształcenie ogólne, z którego czerpał porównania i analogie stosowane w swych kazaniach. Nie lekceważył i zewnętrznych cech: pięknego doboru słów, ujmującego gestu. Donośny i dźwięczny głos, wyraźna dykcja, naturalna modulacja sprawiały, że słuchacze bez zmęczenia mogli nadążać za jego myślą i ulegali jego wpływowi. Mowa jak miód słodka... język gładki, potoczysty, barwny - napiszą o nim kronikarze i historycy.


Walka z występkami i miłość do ludzi

Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że Antoni pragnął przypodobać się słuchaczom, zrobić na nich dobre wrażenie. Potomek rycerzy ścierających się jeszcze niedawno z saracenami - Antoni na ambonie jest najczęściej bojowy, zaczepny, nieprzejednany. Wprawdzie swoją broń zwraca przeciwko ludzkim występkom i słabościom, ale nie oszczędza i samych ludzi. Nie chroni przed jego naganą lub potępieniem ani posiadany majątek i wpływy, ani piastowana godność, nawet duchowna. Zwłaszcza krzywdy społeczne, nadużywanie władzy wobec bezbronnych, zdzierstwa i bezwzględność lichwiarzy są przedmiotem jego ostrych ataków.


I dziwna rzecz. Rzadkie były wypadki obrazy i wrogości ze strony atakowanych. Częstsze zaś były wypadki całkowitej lub przynajmniej częściowej poprawy. Niekiedy całe miasto na skutek jego kazań odmieniało swoje obyczaje, stawało się inne, lepsze. Wrogość Antoniego wobec występków płynęła z jego miłości i uszanowania dla ładu moralnego, przez Boga ustanowionego porządku, zakłócanego i niweczonego przez ludzką nieuczciwość. Płynęła również z tkliwej miłości i życzliwości dla ludzi, którzy sami stawali się przyczyną utraty Bożej przyjaźni i wiecznego potem potępienia.


Cuda - naturalne następstwo miłości do ludzi.

Ta miłość do ludzi była również źródłem dziwnych wydarzeń wiązanych ze Świętym, zwanych cudami. Jak kiedyś Chrystus tak i on nie przywiązywał do nich większej wagi. Były one jakimś naturalnym dodatkiem, następstwem prawie przez niego nie dostrzeganym. Jeśli kiedyś miały miejsce, to zdziałała je jego gorliwość o zbawienie dusz lub częściej jeszcze miłość ku ludziom nieszczęśliwym i chęć pomocy potrzebującym. Jeśli kiedykolwiek stał się cud za jego przyczyną, to albo dla wprowadzenia kogoś na drogę cnoty, albo dla otarcia łez nieszczęśliwym...


"To ludzie przewrócili porządek rzeczy i wartości w niezdrowej pogoni za niezwykłością... Święty wzrusza pewnie tylko głową opromienioną aureolą w politowaniu nad naszą małostkowości" - pisze jeden z jego biografów. Największym cudem św. Antoniego - to cud jego świętości, pokory, gorliwości, miłości, umartwień, trudów i poświęceń.


Tradycja uważała go jednak za potężnego cudotwórcę już za życia. Najczęściej przypisywano mu cud z koniem (niekiedy mowa o ośle lub mule) rycerza Bonvillo z Rimini, który klęka przed Najświętszym Sakramentem, bilokacja czyli równoczesna obecność w dwóch miejscach w Queyroix we Francji i przepowiednia męczeńskiej śmierci notariusza w Puy, również we Francji. Częste są wzmianki o odczytywaniu ludzkich tajemnic, uwalnianiu od dręczących pokus, przywracaniu spokoju sumienia.


W Padwie.

Z Padwą, która tak ściśle splotła się z osobą i mieniem Antoniego, stykał się on początkowo tylko przelotnie. Od roku 1227 przebywa tu częściej, a na stałe zamieszkuje dopiero w ostatnim roku przed śmiercią. I może nie tyle on, ile miasto przylgnęło do niego już za jego życia, a tym więcej jeszcze po jego śmiercią. I nie on, ale Padwa stała się jego dłużnikiem, gdyż dzięki św. Antoniemu sława jej dotarła do wszystkich krajów świata.


Gdy Antoni przybył do Padwy, niczym nie różniła się ona od innych większych miast włoskich tego czasu. Uwikłana w ciągłe wojny z sąsiednimi miastami, skłócona wewnętrznie walkami stronnictw i partii; zarząd miejski był bezsilny wobec uprzywilejowanych baronów i wyższego duchowieństwa, ludność biedna wystawiona na wyzysk bogaczy i lichwiarzy. Towarzyszyło temu znaczne rozluźnienie obyczajów, wzajemna nienawiść i chęć zemsty. W takiej atmosferze nikt nie wierzył, by uczciwość miała jakiś sens, a sprawiedliwość miała widoki zwycięstwa.


Pierwsze rezultaty kazań

Jednak już pierwsze wystąpienia św. Antoniego w roku 1228 zdawały się zapowiadać trwalsze skutki. Oto spora grupa jego słuchaczy pod wpływem kazań zwróciła się do niego prosząc o radę i kierownictwo w celu prowadzenia bardziej chrześcijańskiego życia. W ten sposób doszło do powstania Bractwa Pokutujących, którego członkowie zobowiązali się do zachowania Bożych przykazań, uczynków pokutnych i działalności dobroczynnej.


W następnych latach Antoni częściej odwiedza Padwę i głosi całe cykle kazań w różnych kościołach miasta. Odnosi się to zwłaszcza do roku 1229. Święty jak gdyby wyczuł, że grunt staje się coraz podatniejszy, byle tylko poświęcić mu więcej czasu. I nie pomylił się. Po jakimś czasie pozyskał sobie niemal wszystkich. Wszystkich ogarnął zapał religijny, a żaden z kościołów nie mógł pomieścić słuchaczy.


To właśnie tu spotykamy się nie tylko z entuzjastycznym przyjmowaniem jego słów, ale i z uwielbieniem dla jego osoby. Na czas jego kazań zamierało miasto, ustawał handel, zamykano warsztaty. Uczestniczył w nich miejscowy biskup z całym duchowieństwem.


Zadziwiające powodzenie i skutki kazań, jakie dotychczas towarzyszyły św. Antoniemu, zostały tu jeszcze spotęgowane. Nawrócenia dokonywały się już nie pojedynczo, ale całymi grupami. Oporni poczuli się nie tylko odosobnieni, ale wprost zagrożeni. Konfesjonały były oblężone, a naprawiania krzywd i uczynki pokutne dokonywano nierzadko publicznie.


Słowem - Padwa do niedawna pogrążona w swarach, lichwie, społecznej krzywdzie - w ciągu kilku miesięcy odmieniła się całkowicie pod cudownym działaniem kazań św. Antoniego. Przemiana ta sięgnęła głęboko w dusze mieszkańców i pozostawiła na długo trwałe ślady. Podkreślają to wszyscy kronikarze Świętego, a papież Grzegorz IX stwierdził to uroczyście w bulli kanonizacyjnej. Antoni stał się nie tylko reformatorem obyczajów i kierownikiem sumień, ale kimś ogromnie drogim i bliskim dla całej Padwy. I takim już pozostanie na zawsze.


Działalność pisarska.

Rok 1230 św. Antoni spędził również w Padwie, głosząc kazania w samym mieście i w okolicy. Opuścił ją tylko, aby wziąć udział w kapitule generalnej zakonu i delegacji do Rzymu. W tych miesiącach sporo czasu poświęcał także działalności pisarskiej. Czynił to na wyraźny rozkaz samego papieża Grzegorza IX, serdecznego przyjaciela i powiernika św. Franciszka i jego, przekazany za pośrednictwem kardynała Rainalda de Segni, późniejszego papieża Aleksandra IV.


Były to właściwie traktaty teologiczne zawierające głoszoną przez niego naukę chrześcijańską, ale zgodnie z wykonywanym przez niego posłannictwem miały formę kazań lub przynajmniej obszernych szkiców. W ten sposób opracował Kazania niedzielne i Kazania o Świętych. Tej pracy poświęcił również pierwsze miesiące roku 1231.


Były to najpracowitsze miesiące jego życia. Stale bowiem był zajęty na ambonie, prowadził dzieła miłosierdzia, organizował pomoc dla najbiedniejszych i zadłużonych, przeprowadził ustawę o ograniczeniu uprawnień wierzycieli, interweniował u tyrana Werony Ezzelina w sprawie krzywdzonych przez niego obywateli Padwy i okolicy. Spieszył się, jak gdyby wiedział, że są to ostatnie miesiące jego życia. Obok bowiem wyczerpującej pracy na ambonie i działalności pisarskiej od dłuższego czasu organizm jego dręczyła poważna choroba - wodna puchlina. Ówczesny poziom medycyny nie był w stanie nie tylko zaradzić tej chorobie, ale nawet jej ulżyć. A Antoni miał przecież dopiero trzydzieści sześć lat.


Śmierć

Po morderczej pracy w czasie Wielkiego Postu r. 1231, kiedy to głosił kazania nieomal każdego dnia, a ponadto całe godziny spędzał w konfesjonale, po podróży do Werony i dramatycznej rozmowie z tyranem Ezzelinem konieczny był odpoczynek. Nie było jednak o tym mowy w Padwie, gdzie stale odwiedzali go jego wielbiciele, aby go przynajmniej zobaczyć, potrzebujący, aby im dopomógł, nieszczęśliwi, aby ich pocieszył.


Wyprawiono go więc do niedalekiej wioski Camposampiero, gdzie bracia posiadali małą pustelnię. Aby mieć całkowity spokój, zamieszkał na drzewie w celce z mat, skąd schodził tylko na wspólną modlitwę i posiłki. Tu w piątek 13 czerwca koło południa zasłabł tak poważnie, że postanowiono odwieźć go do klasztoru w Padwie, zgodnie zresztą z jego życzeniem. W drodze zmieniono plan i umieszczono go w klasztorku na przedmieściu Padwy, zwanym Arcella. Tu odprawił jeszcze spowiedź i odmówił z braćmi psalmy pokutne. Wieczorem nastąpił zgon, mimo że Święty wyglądał lepiej niż w poprzednich dniach. Śmierć zdawała się być tylko głębokim snem.


Pogrzeb

Bracia postanowili utrzymać zgon Świętego w tajemnicy, aby ciało spokojnie przewieźć do klasztoru w mieście. Legenda opowiada, że w Padwie pierwsze dzieci zaczęły opowiadać o śmierci św. Antoniego, a od nich dowiedziało się miasto. Dowiedzieli się o tym i mieszkańcy przedmieścia, gdzie Święty zmarł. I oni i zgromadzenie Ubogich Pań, przy których był klasztorek braci, postanowili zatrzymać ciało zmarłego u siebie jako cenną relikwię.


Ale klasztor braci w mieście i zarząd miejski Padwy wystąpili z żądaniem wydania ciała. Spór trwał przez prawie pięć dni i doprowadził do dramatycznych spięć. Wreszcie interwencja biskupa i represje zastosowane przez zarząd miasta przełamały upór przedmieścia.


We wtorek 17 czerwca odbyło się uroczyste przeniesienie ciała św. Antoniego do Padwy. Trumnę nieśli kolejno najstarsi obywatele miasta, poczytując to sobie za wielki zaszczyt. Napływ ludu był tak olbrzymi, że zapełnił wszystkie ulice i place miasta. Wszyscy nieśli w rękach pochodnie lub zapalone świece, że miasto wyglądało jakby ogarnięte pożarem. Po przybyciu do klasztoru braci biskup w otoczeniu duchowieństwa odprawił uroczyste nabożeństwo, po czym wśród objawów wielkiej czci złożono trumnę do przygotowanego grobowca.


Publiczna cześć

Dziwna rzecz, że Padwa mimo tak wielkiego przywiązania do św. Antoniego, przeżyła ten dzień nie jako chwile żałoby, ale jako dzień chwały i pierwszy dzień publicznej czci, jaką odebrał Święty. Wtorek pozostanie również dniem św. Antoniego.


Odtąd przedmiotem czci stał się grób św. Antoniego i to czci tak wielkiej, jakiej nie notuje historia żadnego innego Świętego. Prócz gorącej miłości i wdzięczności, jaką wierni mieli dla Świętego i która ich tu sprowadzała, coraz większą rolę zaczynała odgrywać sława cudowności, jaka wytwarzała się wokół tego grobu.


Kroniki notują cuda, jakie tu dokonują się już od dnia pogrzebu. Spieszą tu ci, którzy go znali, i ci, którzy dowiedzieli się o nim po śmierci. Wśród niekończących się szeregów pielgrzymów widziano rycerzy, wielkich panów i delikatne damy, a wszyscy szli boso po drogach wyboistych i ostrych kamieniach. Sam biskup zdejmował obuwie, gdy na czele duchowieństwa zbliżał się do grobu Świętego. To samo czynił burmistrz miasta, kiedy przychodził tu w otoczeniu dostojników republiki i niezliczonego tłumu mieszkańców Padwy. Studenci uniwersytetu różnych narodowości spieszyli tu także z oznakami najwyższej czci.


Krąg czcicieli poszerza się z każdym prawie miesiącem. Wnet obejmuje całą Lombardię, a nawet sięga poza Alpy. Szczególnym wotum tu składanym stają się świece. Niekiedy są tak olbrzymie, że przywożą je wozami i kilkunastu ludzi musi je wnosić do kościoła. Pielgrzymki łączono z przystępowaniem do świętych sakramentów i uczynkami pokutnymi. Padwa stała się ośrodkiem wielkiego odrodzenia duchowego coraz szerszych rzesz.


Prośby o wstawiennictwo i kanonizacja

Cześć oddawana Świętemu przy jego grobie nie była całkiem bezinteresowna. Przychodzono tu z różnymi potrzebami i proszono o wstawiennictwo Świętego. Tak częste były wypadki natychmiastowego wysłuchania, że wnet po łzach i jękach boleści rozlegały się okrzyki radości. Po śmierci Męża Bożego nastąpiła nieprzerwana powódź cudów przy jego grobie... Wśród opisów czytamy o uzdrowieniu dziewiętnastu kalek, pięciu sparaliżowanych, o dwóch uwolnionych od złego ducha, dwóch od febry, o wskrzeszeniu dwóch umarłych.


Wobec tak wielkiej czci oddawanej Antoniemu i mnożących się cudów już w miesiąc po jego śmierci rozpoczęto starania o jego kanonizację. Obok listów od biskupa, duchowieństwa i rady miejskiej wysyłano również delegacje od zakonników, uniwersytetu i znakomitych osobistości.


Ówczesny papież Grzegorz IX, dawny przyjaciel św. Franciszka i protektor zakonu, znał osobiście św. Antoniego i jego cnoty. Kiedy wyznaczona komisja kardynałów przeprowadziła ścisłe badania sprawy i oceniła świętość Antoniego jako niewątpliwą, a ponad czterdzieści cudów jako wiarygodne, papież ogłosił uroczyście kanonizację św. Antoniego na dzień 30 maja 1232 r., a więc w niespełna rok po śmierci Świętego. Jego święto miał Kościół obchodzić w dniu jego śmierci, 13 czerwca.


Wielka była radość Padwy, zakonu franciszkańskiego, do którego św. Antoni należał i wszystkich jego czcicieli. Jego cześć przyjęła się również w dawnym jego zakonie Kanoników Regularnych zwłaszcza w Portugalii, gdzie go czczą pod jego poprzednim imieniem Ferdynanda.


Budowa bazyliki

Kanonizacja stała się dla Padwy hasłem do budowy bazyliki godnej tak słynnego Świętego. Postanowiono wznieść ją na miejscu dotychczasowego grobu. Zburzono więc dotychczasowy kościół braci i rozpoczęto prace. Budowa ciągnęła się długo, gdyż przerwano ją na przeciąg prawie dwudziestu lat (1237-1256), kiedy to Padwa znalazła się we władaniu Ezzelina.


Uwolnienie miasta przy pomocy innych republik włoskich przypisano również wstawiennictwu św. Antoniego. Przeniesienia relikwii dokonano w roku 1263 pod przewodnictwem ówczesnego generała zakonu św. Bonawentury. Była to okazja do odnowienia i dalszego spotęgowania czci Świętego. Przy otwarciu grobu okazało się, że najlepiej zachowała się głowa, a język nie uległ najmniejszemu zepsuciu. Uznano to za nowy cud. Św. Bonawentura wygłosił porywające kazanie na temat zasług tego języka dla chwały Bożej, a wspaniały relikwiarz przechowywany w bazylice kryje tę niecodzienną relikwię.


Prace przy bazylice trwały jeszcze kilkadziesiąt lat, a i później podejmowano uzupełnienia i przeróbki. Ostateczny, dzisiejszy kształt przybrała bazylika dopiero w XVI wieku, chociaż i później trwały tu stale prace. Zdobili ją najsławniejsi w historii sztuki artyści: architekci, malarze, rzeźbiarze. Dzięki temu stanowi ona jedno z najpiękniejszych w świecie i w pewnym stopniu jedyne dzieło sztuki. Spotykamy tu różne style: bizantyjski i gotycki, lombardzki i toskański, a nawet arabski. Malownicza jak bukiet różnych egzotycznych kwiatów naniesionych przez wichry, wykazuje przypadkową harmonię stylów, o jakiej nie marzyła fantazja żadnego artysty - powie o niej pewien historyk (A. Rubbiani).


Jest to najlepszym wyrazem powszechnej czci, jakiej doznawał i doznaje św. Antoni. Każdy wiek i każdy lud rzucał kwiaty swej sztuki na jego grób, ponieważ każdy wiek i każdy lud kochał wielkiego Świętego. A miłość - artystka największa - dokazała tego, czego by dokazać nie mógł żaden artysta: uwiła z tych różnych kwiatów jeden harmonijny wieniec i rozpięła go nad ziemskimi szczątkami niebieskiego Orędownika. W tej olbrzymiej bazylice Święty ma swoją specjalną kaplicę, gdzie spoczywają jego relikwie. Mieszczą się one w srebrnej urnie złożonej w marmurowym sarkofagu tworzącym mensę ołtarza kaplicy. Zawsze bywa ona oblężona przez czcicieli Świętego, którzy pragną przynajmniej jej dotknąć.


Szerzenie się czci do św. Antoniego

Cześć św. Antoniego poprzez wieki stale wzrastała, obejmując najdalsze nawet kraje chrześcijańskie. W zakonie franciszkańskim obchodzono nie tylko jego doroczną uroczystość 13 czerwca, ale i pamiątkę przeniesienia jego relikwii. Powstało piękne wierszowane oficjum brewiarzowe, ułożone zaraz po kanonizacji przez Juliana ze Spiry, którego responsorium Si quaeris miracula (Jeśli szukasz cudów) znane jest powszechnie.


Dzięki bractwom antoniańskim od XVII wieku przyjęła się praktyka tak zwanych wtorków św. Antoniego. Od chwili śmierci św. Antoni był uważany za Patrona rzeczy zgubionych i skradzionych, opiekuna młodzieży i dzieci.


Od drugiej połowy wieku XIX rozpowszechnił się zwyczaj Chleba św. Antoniego jako jałmużny dla ubogich, składanej ku czci Świętego dla uzyskania jego wstawiennictwa. Liczne bractwa i szereg czasopism wydawanych głównie przez zakony franciszkańskie przyczynia się do podtrzymania żywotnej czci Świętego w całym chrześcijańskim świecie.


Bezsprzecznie św. Antoni jest najpopularniejszym świętym katolickim po Matce Bożej. Szczególniejszą czcią cieszy się nadal w Padwie, swej przybranej ojczyźnie. Za życia ukochał ją chyba najbardziej ze wszystkich miast, w których żył i pracował. Umierając, jej zostawił swoje serce w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Tam też, jak nigdzie na świecie, odczuwa się, że On chociaż umarł, żyje tu i ciągle działa.


W Polsce

W Polsce cześć św. Antoniego zaszczepiły i szerzyły zakony franciszkańskie. Wybudowano szereg kościołów pod jego wezwaniem, wznoszono ołtarze, zakładano bractwa, prowadzono działalność charytatywną pod jego patronatem. A nie ma prawie kościoła, gdzie by nie było obrazu czy figury tego Świętego, a przed nim modlących się w różnorakich potrzebach, przekonanych, że jego wstawiennictwo u Boga jest najskuteczniejsze.



 
Wyszukiwarka

Czas ucieka






wieczność czeka

wschód słońca 05:08 UT,
zachód słońca 15:32 UT
okr. zimowy +1h; okr. letni +2h
Dziś jest: 293 dzień i 43 tydzień r.
do końca roku pozostało 72 dni
Imieniny obchodzą:
Ireny, Kleopatry, Jana
Twoje IP: 54.158.212.93
jesteś gościem wyświetlono razy obecnie jest gości
© by Marian Kurtycz
Ostatnia aktualizacja strony
28.05.2017
Witryna powstała 1 maja 2011 r. w dniu beatyfikacji Papieża Jana Pawła II