Cuda za przyczyną Ojca świętego Jana Pawła II


Wojtyła, Wojtyła... Pomóż mi.


"Cuda czyni Bóg, nie ja. Ja się tylko modlę"

"Cuda czyni Bóg, nie ja. Ja się tylko modlę", twierdził lekko poirytowany papież Jan Paweł II, gdy jeszcze za życia ludzie przypisywali mu dziesiątki cudownych uzdrowień. Jednak ci, którym pomógł, wiedzą swoje... Że bez jego wsparcia być może dawno nie byłoby ich wśród żywych. To jego słowa, jego błogosławieństwo sprawiło cud - ten motyw powtarza się w licznych relacjach.


Z opisów współpracowników wiadomo, że polski papież całymi godzinami modlił się za potrzebujących. W jego prywatnej kaplicy od lat stał specjalny klęcznik wyposażony w szufladę, do której sekretarze wkładali nadchodzące z całego świata prośby o modlitwę. Modlitwa za chorych i cierpiących była jednym z najważniejszych punktów jego papieskiej misji. Mówił o tym podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, w czerwcu 1979 roku.

Według prawa kościelnego zmienionego na kilka lat przed śmiercią przez samego Jana Pawła II, do uznania kogoś za beatyfikowanego potrzebny jest jeden cud. Dwa potwierdzone cuda dają przepustkę do kanonizacji.

Lawina informacji o cudach Karola Wojtyły przetoczyła się przez świat zaraz po jego śmierci. Najwięcej było doniesień o cudownych ozdrowieniach z nieuleczalnych chorób. Ale zdarzały się też spełnione prośby o nawrócenie czy potomstwo. Te wszystkie cuda poddane zostały później bardzo drobiazgowej kontroli. Na razie oficjalnie potwierdzono jedynie przypadek siostry Marie Simon-Pierre. Co nie oznacza, że był jedyny. Po prostu watykańska machina weryfikacyjna jest bardzo drobiazgowa, a przez to wolna. Zanim padnie orzeczenie, latami sprawdza się najróżniejsze aspekty zdarzenia. Tak czy inaczej można się spodziewać, że wiadomość o dwóch kolejnych cudach potrzebnych do kanonizacji usłyszymy wcześniej niż po kolejnych pięciu latach.


Zdaniem wielu kronikarzy Jan Paweł II dokonywał cudów już na początku pontyfikatu.
Viva; wydanie specjalne; Błogosławiony Jan Paweł II; tekst Maciej Wesołowski.

Pierwszy cud Jana Pawła II

Nauczyłam się być bardziej pokorna i bardziej służyć Bogu, ponieważ żyję z Nim w bliskości. Ten przywilej chciałoby mieć wielu, a jednak nie wszystkim dana jest ta łaska. Pragnę powiedzieć ludziom: Bóg istnieje, Bóg jest, nie ma śmierci. Dlatego nie lękajcie się. Nie ma się czego bać. Właśnie tego nauczyłam się przez moje doświadczenia.

14 marca 2006 r. w Redakcji Tygodnika Katolickiego "Niedziela" gościła Kay Kelly, Angielka z Liverpoolu. Dokładnie 27 lat temu doznała ona cudu za pośrednictwem Jana Pawła II. Nowotwór, na który cierpiała, zniknął bez śladu. Z Kay Kelly rozmawiała Jolanta Pałasz.


- Proszę nam opowiedzieć o swoim życiu...

- Wychowałam się w rodzinie wielodzietnej. Moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci. Wyszłam za mąż w wieku 18 lat. Zanim osiągnęłam wiek 21 lat, miałam czworo dzieci. Zawsze byłam rzeczniczką potrzebujących i osobą ich wspierającą. Jestem wrażliwa na krzywdę ludzką. Jeżeli komuś przydarza się coś złego, starałam się zaangażować i pomóc.


- Czy była Pani człowiekiem silnej wiary? Jak zmieniło się Pani życie od chwili, gdy dowiedziała się Pani, że jest poważnie chora?

- Moja wiara była mocna od dnia urodzenia. Zawsze żyłam z Bogiem. Kiedy zachorowałam, przeszłam operację. Guz był jednak zbyt rozległy i lekarze nie mogli go wyciąć. Skierowali mnie więc do szpitala onkologicznego Clatterbridge w Liverpoolu. Tamtejsi lekarze dali mi niewiele nadziei. Miałam kilka radioterapii, ale to nie pomogło. Wtedy zdecydowali, że spróbują zastosować chemioterapię. Zapytałam ich, ile życia mi jeszcze pozostało. Odpowiedzieli, że 12 miesięcy - jeżeli chemioterapia się powiedzie. I to leczenie jednak nie pomagało, ale zabijało mnie jeszcze bardziej niż rak. Wtedy podziękowałam im za wszystko, co dotychczas dla mnie zrobili, i powiedziałam, że to, co ze mną będzie dalej, zależy już od Boga, a nie od nich. I starając się czymś zająć, zabrałam się do zbierania pieniędzy na laboratoria badawcze szukające leku na raka.


- Czy zbieranie pieniędzy i wspieranie innych okazało się pomocne również dla Pani?

- Pieniądze miały w tym wszystkim znaczenie drugorzędne, ale spotkania z ludźmi, wyjście do nich było niezwykle pomocne. Zaprzyjaźniłam się wtedy z wieloma osobami. Właściwie nie robiliśmy nic innego, jak tylko się wzajemnie wspieraliśmy, walczyliśmy razem we wspólnej sprawie. To było wspaniałe. Połączyło ze sobą ludzi różnych ras i religii - rak bowiem nie dotyka ludzi tylko jednej kategorii, ale może dotknąć każdego z nas, więc jakby jednoczy wszystkich chorych. Byłam szczęśliwa, że ludzie w swych działaniach przybliżali się do siebie.


- Był to czas, gdy papieżem został wybrany Karol Wojtyła. Czy od początku czuła Pani, że będzie to ktoś bardzo ważny i wyjątkowy w Pani życiu?

- Byłam w szpitalu, kiedy wybrano Ojca Świętego Jana Pawła II. Zobaczyłam go w telewizji. Już wtedy wiedziałam, że on w jakiś sposób wejdzie w moje życie. Nie wiedziałam tylko, jak mogłoby się to stać, ponieważ nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że mogłabym go odwiedzić. Ale wiedziałam, że on stanie się częścią mojego życia.


- A jednak już wkrótce była Pani na audiencji u Jana Pawła II. Jak do tego doszło?

- Stało się to możliwe dzięki Matce Bożej. Myślę, że zostałam wybrana dlatego, że byłam kimś bardzo zwyczajnym. Zajmowałam się domem. Nasza Matka Boża chciała, aby ludzie wiedzieli, że ten Papież był wyjątkowy, ponieważ był dostępny dla wszystkich, był Papieżem ludu. Chciał jakby objąć każdego, każdą zwykłą osobę, bo znał ludzkie cierpienia, doświadczył ich osobiście. I to właśnie dlatego, tak myślę, zostałam wybrana, aby głosić i przekonywać ludzi, że nie powinni lękać się spotkania z nim.


- Spotkanie z Janem Pawłem II miało nieco inny przebieg niż Pani oczekiwała...

- Gdy ustalono termin audiencji u Ojca Świętego, byłam przekonana, że będę jedną z wielu osób w niej uczestniczących. Jednak zostałam podprowadzona bardzo blisko i kiedy Ojciec Święty zszedł, skierował się prosto do mnie. Ksiądz, który był ze mną, przedstawił mnie. Ojciec Święty powiedział: "O Liverpool! Pani Kelly. Znam Panią". Trochę się przestraszyłam, pomyślałam, że może zna też moje grzechy, ale to nie było tak. Abp Derek Worlock był przyjacielem Ojca Świętego i opowiedział Papieżowi o mnie.


- Gdy nowotwór zniknął bez śladu, znalazła się Pani w centrum zainteresowania mediów.

- Myślę, że dziennikarze oczekiwali, że powiem im coś sensacyjnego na temat mojego uzdrowienia. Gdy wróciłam, wezwał mnie nasz arcybiskup i ostrzegł, że powinnam być bardzo ostrożna, bo prasa pragnie sensacji. Powiedziałam mu, żeby się nie martwił, bo nie poddam się manipulacjom medialnym.


- Czy spotkanie z Ojcem Świętym i cudowne uzdrowienie z choroby nowotworowej zmieniło Pani życie?

- Moje życie nigdy się nie zmieniło, zawsze byłam tym, kim jestem teraz, i nigdy nie będę inna. Ale spotkanie z Ojcem Świętym odcisnęło swój ślad, naznaczyło Bogiem wszystko, co staram się robić. Dało mi więcej sił. To wydarzenie rozniosło się po całym świecie, mój uścisk z Papieżem zobaczył cały świat. Przybywali do mnie dziennikarze z Ameryki i z różnych odległych stron, pytając o spotkanie z Janem Pawłem II. I myślę, że to było wspaniałe, jako moje świadectwo o Bogu.


- Czego nauczyły Panią te doświadczenia?

- Nauczyłam się być bardziej pokorna i bardziej służyć Bogu, ponieważ żyję z Nim w bliskości. Ten przywilej chciałoby mieć wielu, a jednak nie wszystkim dana jest ta łaska. Pragnę powiedzieć ludziom: Bóg istnieje, Bóg jest, nie ma śmierci. Dlatego nie lękajcie się. Nie ma się czego bać. Właśnie tego nauczyłam się przez moje doświadczenia.


- Jak Pani przeżywała odejście Jana Pawła II - osoby Pani szczególnie bliskiej?

- Kiedy Ojciec Święty umierał, było mi bardzo smutno. Lecz chociaż smuciło mnie, że odchodzi, wiedziałam, że jednocześnie daje świadectwo swego sprzeciwu wobec eutanazji. Obecnie w naszym kraju (Wielka Brytania, przyp. red.) czyni się wiele starań, by ją zalegalizować. Papież był dla wszystkich przykładem, że to Bóg jest jedynym, który wie, kiedy ktoś powinien odejść. I mogliśmy zobaczyć go cierpiącego, ale on to akceptował i radował się, że może pełnić Bożą wolę.


- Czy była Pani w Rzymie, aby przy grobie Ojca Świętego Jana Pawła II jeszcze raz podziękować mu za cud uzdrowienia?

- Nie byłam. Papież, kiedy został zapytany, czy to on mnie uzdrowił, odpowiedział: "Nie, to wiara ją uzdrowiła". Kiedy ludzie pytali mnie, jak wspaniałe było moje spotkanie z Papieżem, powiedziałam, że owszem było szczególne, wyjątkowe, ale ja otrzymuję Chrystusa każdego dnia. Bóg pod postacią Komunii św. żyje we mnie każdego dnia. I Papież zgodził się ze mną, że ten dar jest dla wszystkich. Nie pojechałam więc do Rzymu, żeby podziękować Papieżowi, ponieważ on wiedział, że dziękowałam Osobie, która sprawiła cud - Jezusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie.


- Cudowne uzdrowienie, jakiego Pani doznała, zostało uznane za pierwszy cud za wstawiennictwem Jana Pawła II. Pan Bóg pozostawił Panią jeszcze tu, na ziemi. Czy czuje Pani, że ma jakąś misję do spełnienia?

- Bóg mnie pozostawił. Po tym, jak wróciłam z Rzymu z audiencji, wysłałam dwoje ludzi, aby zobaczyli się z Papieżem. Oni też byli chorzy. Kiedy wrócili, umarli i ludzie mówili: ty doświadczyłaś cudu, ale oni nie. Powiedziałam wtedy, że oni również otrzymali dar, otrzymali nawet więcej, ponieważ poszli od razu do Boga, a ja wciąż jestem tutaj. Bóg mnie pozostawił, jakby chciał, abym jeszcze tu, na ziemi, robiła to, co robię. Jestem swego rodzaju głosem i nie pozwolę mówić nic złego o mojej religii. Będę świadczyć dumnie o mojej wierze; o tym, że Bóg istnieje, że jest obecny w Najświętszym Sakramencie. Mówię o tym głośno. I może właśnie dlatego Bóg mnie zostawił, że dużo krzyczę (śmiech).


- Jaki jest cel Pani wizyty w Polsce?

- Polska jest znana z dużej liczby księży. W Anglii mamy teraz trudne czasy, ciągle zamykane są kościoły - jeden po drugim. Boję się, że nikt nie zrobi nic, aby tę sytuację zmienić. Obawiam się, że moje dzieci i wnuki nie będą mogły otrzymywać sakramentu Eucharystii. Potrzebujemy księży i dlatego zwracam się do Polaków - tak jak zwracałam się do Papieża. On powiedział: "Idź, moi ludzie ci pomogą". I jestem pewna, że Wasi Księża Biskupi wypowiedzą się w tej sprawie i być może zatrzymają to, co się dzieje w Liverpoolu, w Anglii. Ten proces musi być zatrzymany! Nasze kościoły powinny być otwarte, musimy podtrzymać ich działalność. Wszyscy powinniśmy móc otrzymywać sakrament Eucharystii. Teraz mówi się, że Najświętszy Sakrament można otrzymać w supermarkecie. Stanowczo sprzeciwiam się temu. To jest Świętość, to jest Bóg. Powinniśmy przyjmować Najświętszy Sakrament w świątyni, w miejscu do tego przeznaczonym.


Z Kay Kelly rozmawiała Jolanta Pałasz.
http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl

Z panią Kay Kelly o jej drodze życiowej i intencjach, z jakimi przybyła do Polski, rozmawiał też tego samego dnia ks. inf. Ireneusz Skubiś.
- Czy to Pani pierwsza wizyta w Polsce?

- Tak, jestem tu pierwszy raz.

- Należy Pani do osób, które uważa się za uzdrowione przez Jana Pawła II...

- Wszystkie te osoby uzdrowił Pan Bóg - przez Papieża.

- To bardzo ważne dopowiedzenie. Widać, że jest Pani osobą głęboko wierzącą...

- Oczywiście. Nie mogłabym żyć bez Boga. Moja wiara to moje życie od momentu, kiedy się urodziłam.

- Jest Pani wyznania katolickiego...

- Tak.

- Mieszka Pani w Liverpoolu. Czy jest tam wielu katolików?

- Tak. Jest ich wielu, ale niestety niewielu z nich jest praktykujących.

- Czytałem, że w okresie, gdy dowiedziała się Pani, że jest chora na raka, podjęła Pani dużą pracę charytatywną.

- Tak. Zebrałam ponad milion funtów dla szpitala, w którym byłam leczona. Później jeszcze więcej - z przeróżnych źródeł.

- Podczas Pani pierwszego spotkania na audiencji z Papieżem Ojciec Święty już o Pani słyszał, czy tak?

- Tak, kiedy nas sobie przedstawiono, powiedział: "O, Liverpool. Pani Kelly, znam Panią".


- Czy mogłaby Pani przypomnieć nam tę audiencję? Dzisiaj przypada dokładnie 27. rocznica Pani spotkania z Janem Pawłem II w Rzymie. Jak doszło do tego spotkania?

- Byłam w kościele i modliłam się po niedzielnej Mszy św. do Najświętszej Maryi Panny. Powiedziała mi, że wkrótce spotkam się z Papieżem. Później widziałam się z moim księdzem proboszczem i powiedziałam mu, że wkrótce spotkam się z Ojcem Świętym. Zapytał: kiedy? Odpowiedziałam, że nie wiem, że nie dostałam jeszcze zaproszenia. Musiał chyba pomyśleć, że oszalałam. Kiedy wróciłam do domu, zadzwonił telefon z katolickiej organizacji charytatywnej Rycerze Kolumba. Powiedziano mi, że w środę zobaczę się z Papieżem. Oznajmiłam, że już o tym wiem. Moi rozmówcy byli zdumieni, gdyż sami właśnie się o tym dowiedzieli. Powiedziałam, że Matka Boża przekazała mi tę informację dziś rano.

Wydaje mi się, że zostałam wybrana dlatego, że jestem zwykłą kobietą. Matka Boża chciała, żeby cały świat się dowiedział, że Jej Papież był wyjątkowym człowiekiem także dla zwykłych ludzi, nie tylko dla sławnych, dla gwiazd, że był Ojcem ludu. A nie było nikogo bardziej zwyczajnego niż pewna żona z Liverpoolu.


- Z kim pojechała Pani wtedy do Rzymu?

- Pojechałam z moim synem, on też był chory na raka. Miał guz na szyi. Ale kiedy wrócił do domu, okazało się, że, tak jak u mnie, rak zniknął.

- Jaka była Pani reakcja po tym wydarzeniu, jak dziękowała Pani Bogu?

- Kiedy wróciłam, pojechałam do swojego lekarza na badania. Powiedziano mi, że w moim ciele nie ma już żadnych komórek rakowych. Wtedy we wszystkich gazetach zaczęły ukazywać się artykuły o cudzie. A kiedy ludzie pytali Papieża, czy to on mnie uleczył, odpowiedział: "Nie, to jej wiara ją uzdrowiła". Więc to jest kolejna niesamowita sprawa. Bóg działa przez człowieka, nie można ich rozdzielić. Od tamtego dnia staram się służyć Bogu jak tylko mogę, ponieważ tyle Mu zawdzięczam.


- A co na to lekarze?

- Lekarze uważali, że to oni tego dokonali, że to oni mnie wyleczyli. Nie wierzą w cuda.

- Ale to stało się nagle...

- Tak, ale oni nie wierzą w to, co się stało. Uwierzą, kiedy spotkają się z Bogiem osobiście.

- A jak zareagowało Pani środowisko - rodzina, znajomi?

- Wszyscy członkowie rodziny, przyjaciele byli bardzo szczęśliwi. Lecz niektórzy ludzie spośród tych, którzy wcześniej ofiarowali mi swoje pieniądze, domagali się ich z powrotem, ponieważ uważali, że oszukałam ich, mówiąc, że jestem chora na raka.


- Jak Pani żyła potem, czy ten cud wpłynął na Pani pracę charytatywną, dobroczynną?

- Nigdy nie przestałam działać w organizacjach charytatywnych. Cały czas jestem z ludźmi i daję świadectwo swojej wierze.


- Czy to świadectwo pomaga Pani w działalności na rzecz ludzi?

- Tak, lecz ludziom się wydaje, że ja też mogę czynić cuda, a to nieprawda.


- Ludzie chorzy w trudnej sytuacji często tracą nadzieję. Czy Pani umie w ludziach budzić nadzieję?

- Tak. To, co im mówię, wywodzi się z mojego własnego doświadczenia. Patrzę na swoją chorobę jako na przywilej i mówię im, że jeśli Chrystus mógł za nas cierpieć na krzyżu tak bardzo, to my też możemy choć trochę.


- Towarzyszy Pani życiu głęboka wiara w Boga.

- Nie mogłabym żyć bez Boga. Chodzę do kościoła codziennie, ponieważ potrzebuję siły, której udziela sakrament Eucharystii.


- A jak wygląda Pani współpraca z księżmi w Liverpoolu?

- Z księżmi współpracuje się dobrze, ale martwi mnie to, co dzieje się teraz z naszymi kościołami, które są masowo zamykane.


- Przybyła Pani, by prosić Kościół w Polsce, polskich księży, by zechcieli pomóc Wam w duszpasterstwie.

- Tak. W ciągu ostatnich 12 miesięcy 13 kościołów w Liverpoolu zostało zburzonych lub zamkniętych. Są kościoły, w których nie ma w ogóle niedzielnej Mszy św. To bardzo smutne. Dlatego przyjechałam do Polski prosić o pomoc, żeby utrzymać w Liverpoolu wiarę w Boga.


- Proszę zatem o skierowanie teraz bezpośrednio do polskich księży kilku słów w tej sprawie.

- Chciałabym zwrócić się do polskiego Duchowieństwa, zwłaszcza do Księży Biskupów, w których rękach są stosowne decyzje, żeby spojrzeli w swoje serca, żeby przypomnieli sobie człowieka, który zostawił po sobie takie dziedzictwo duchowe - Jana Pawła II. Spójrzcie na Tego, który tak adorował Najświętszy Sakrament, który ustanowił Rok Eucharystii. Czy musi być tak, że moje wnuki, że przyszłe pokolenia, nie będą znały tego sakramentu? Błagam Was, weźcie moją prośbę do swych serc, by zrobić coś dla ludzi w Liverpoolu.


- Myślę, że to wołanie dotrze do naszych serc.
- Dziękuję Bogu i Matce Bożej - i Tobie, Ojcze Święty, który powiedziałeś mi, żeby przyjechać do Polski.
- Dziękuję za rozmowę.
Z panią Kay Kelly rozmawiał ks. inf. Ireneusz Skubiś.

Uznany cud Jana Pawła II - S. Marie Simon-Pierre

"W dniu, w którym umarł Ojciec Święty, zawalił się cały mój świat. Straciłam przyjaciela, kogoś, kto mnie rozumiał, dodawał sił, by iść naprzód. Czułam wielką pustkę, ale też cały czas miałam pewność, że on jest gdzieś obok" - opowiadała siostra Marie Simon-Pierre ze Zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego.


W dniu śmierci papieża miała 49 lat, od czterech była chora. Dokładnie dwa miesiące później, 2 czerwca 2005 roku, Marie prosi siostrę przełożoną o zwolnienie jej z wszystkich obowiązków. Czuje się źle, coraz trudniej znosi chorobę. Lewa strona jej ciała jest w dużej części bezwładna, z tego powodu nie potrafi już utrzymać w ręce szklanki ani prowadzić samochodu. Ten stan z dnia na dzień się pogłębia. Siostra przełożona prosi ją o cierpliwość. "Papież nie powiedział jeszcze ostatniego słowa", zapewnia. Siostry zakonne od kilkunastu dni modlą się do Jana Pawła II, prosząc o wsparcie chorej koleżanki.


"Napisz jego imię", prosi przełożona. Marie Simon-Pierre jest leworęczna. Drżącą dłonią z trudem kreśli niewyraźne litery. Kilka godzin później, już w swoim pokoju, Marie powoli kładzie się spać. Gdzieś w głębi słyszy głos: "Weź pióro i pisz". Tym razem lewa dłoń całkiem szybko i sprawnie kreśli imię Jana Pawła II. Patrzy na to w osłupieniu. Ale początkowo bagatelizuje. Zaraz potem zasypia. Budzi się przed świtem. Z łóżka wstaje zgrabnie, z lekkością. Nie czuje bólu ani odrętwienia. Bezwład ciała kompletnie zniknął. O szóstej rano, podczas pierwszej mszy, siostry zakonne nie mają wątpliwości. Dokonał się cud. W południe zakonnica odstawiła wszystkie lekarstwa. Kilka dni później przypuszczenia potwierdził neurolog. Badanie trwa długo, w końcu lekarz oświadcza: "Siostra Marie wyzdrowiała, ale nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść. Z medycznego punktu widzenia to kompletnie niewytłumaczalne".


Sama Marie Simon-Pierre Normand uśmiecha się nieśmiało, gdy dziennikarze pytają ją o cud. "Moje uzdrowienie było jak nowe narodziny. To, co Pan dał mi przeżyć dzięki wstawiennictwu Jana Pawła II, jest wielką tajemnicą trudną do wyjaśnienia, gdyż jest tak wielka, tak silna. Ale dla Boga nie ma nic niemożliwego" - mówi. A potem cytuje słowa Biblii: "Jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą".


Tekst. Maciej Wesołowski. Viwa, wydanie specjalne nr3/11; Błogosławiony Jan Paweł II.

Więcej na ten temat można przeczytać w artykule z Niedzieli umieszczonym poniżej.

Byłam chora i zostałam uzdrowiona

Przełożona poprosiła, abym napisała na kartce imię Jana Pawła II. Było to zbyt trudne, ręka drżała i od dawna pisałam z trudnością, starając się nigdy nie pisać przy świadkach. Przełożona jednak nalegała. Ustąpiłam, ale imię papieskie, napisane z wielkim trudem, było zupełnie nieczytelne.


Francuska telewizja katolicka KTO wyemitowała 14 stycznia 2011 r. wywiad z siostrą zakonną Marie Simon-Pierre, która została uzdrowiona za wstawiennictwem Ojca Świętego Jana Pawła II z choroby Parkinsona. Uzdrowienie nastąpiło w sposób nagły w nocy z 2 na 3 czerwca 2005 r. i definitywny - do tej pory nie stwierdzono nawrotu najmniejszego nawet objawu choroby. Przypadek Siostry najpierw wnikliwie badała komisja diecezjalna, później grono lekarzy i ekspertów, specjalistów od choroby Parkinsona, którzy mieli do dyspozycji nie tylko dossier medyczne, ale również zeznania 15 świadków znających Siostrę i jej stan zdrowia przed uzdrowieniem. Nauka uznała uzdrowienie Siostry za niewytłumaczalne z punktu widzenia medycznego, a komisja teologów potwierdziła, że istnieje związek między uzdrowieniem a modlitwami zanoszonymi w tej intencji do Ojca Świętego. Siostra nie mówi o sobie "cudownie uzdrowiona", bo taką opinię wydać może oficjalnie Kościół, stwierdza po prostu: "Byłam chora i zostałam uzdrowiona".


A oto kilka wypowiedzi s. Marie Simon-Pierre na temat jej dzieciństwa, powołania, życia we wspólnocie małych sióstr oraz samego uzdrowienia.

- Proszę powiedzieć nam kilka słów o swojej rodzinie.

- Jestem najstarsza z pięciorga rodzeństwa. Urodziłam się w praktykującej katolickiej rodzinie na północy Francji, w okolicach Cambrai. Podobnie jak rodzeństwo, przyszłam na świat w katolickim szpitalu położniczym, prowadzonym przez Małe Siostry Macierzyństwa Katolickiego w Cambrai.


- Kiedy odczuła Siostra powołanie do życia zakonnego?

- Gdy urodziła się moja najmłodsza siostra, miałam dziewięć lat i bardzo dobrze pamiętam, jak przyciągał mnie pogodny uśmiech sióstr pracujących przy noworodkach. Zastanawiałam się, co jest źródłem ich radości. Gdy zrozumiałam, że ta radość wynika z obecności Pana Jezusa, postanowiłam, że oddam życie Bogu. (...) Później były lata szkolne, szkoła podstawowa i średnia, oraz wybór zawodu związanego z opieką nad noworodkami. Gdy trzeba było wybrać miejsce praktyki, zdecydowałam się na szpital małych sióstr, aby zobaczyć z bliska, jak one żyją. Po ukończeniu szkoły starałam się o pracę w tym samym szpitalu, aby utwierdzić się w moim powołaniu, żyjąc i pracując wśród sióstr. Wiele się modliłam, często towarzyszyłam chorym w pielgrzymkach do Lourdes, a w 1981 r. postanowiłam wstąpić do Zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego.


- Dlaczego wybór tego zgromadzenia, jaki jest jego charyzmat?

- Charyzmatem naszego zgromadzenia jest służba rodzinie i przychodzącemu na świat dziecku. Jan Paweł II wielokrotnie apelował o otwarcie się na życie i otoczenie opieką bezbronnego dziecka. Takie jest nasze powołanie. Mamy kilka domów i szpitali położniczych we Francji oraz dom misyjny w stolicy Senegalu - Dakarze.


- Gdy zdiagnozowano u Siostry chorobę Parkinsona, z bólem patrzyła Siostra na Jana Pawła II w telewizji, podziwiając jednocześnie jego odwagę i moc, które dodawały mu sił w codziennym znoszeniu choroby. Co Siostra wtedy czuła?

- Bardzo trudny był ostatni rok życia Papieża, myślałam również o ciągle postępujących objawach mojej choroby. Jan Paweł II był mi zawsze bardzo bliski, był jak najlepszy przyjaciel. W łączności ze wszystkimi czuwającymi na Placu św. Piotra modliłam się podczas umierania Papieża, a jego śmierć odczułam jako stratę kogoś najbliższego. Nasiliły się bardzo objawy choroby, byłam wyczerpana i ogólny stan zdrowia bardzo się pogorszył. Choroba postępowała. Wszystkie małe siostry we Francji i w Senegalu na prośbę przełożonej zaczęły odmawiać nowennę za wstawiennictwem Ojca Świętego Jana Pawła II. Ja również towarzyszyłam im w modlitwie. W połowie maja 2005 r. przypomniały mi się słowa Pisma Świętego: "Jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą" (J 11, 40) i pomyślałam, że wiara wszystko może, że wszystko jest możliwe.


- 2 czerwca 2005 r. to bardzo ważny dzień. Co wtedy się wydarzyło?

- W nocy z 2 na 3 czerwca 2005 r. zostałam uzdrowiona. 2 czerwca rano byłam zupełnie wyczerpana i poprosiłam przełożoną - matkę Marie Thomas o zwolnienie mnie z pracy w szpitalu, gdzie odpowiadałam za 46-łóżkowy oddział położniczy. Usłyszałam w odpowiedzi: "Wytrzymaj! W sierpniu pojedziesz do Lourdes, a i Jan Paweł II nie powiedział jeszcze ostatniego słowa".

Długo rozmawiałyśmy i stopniowo ogarniało mnie uczucie spokoju i wyciszenia. Przełożona poprosiła, abym napisała na kartce imię Jana Pawła II. Było to zbyt trudne, ręka drżała i od dawna pisałam z trudnością, starając się nigdy nie pisać przy świadkach. Przełożona jednak nalegała. Ustąpiłam, ale imię papieskie, napisane z wielkim trudem, było zupełnie nieczytelne.

Gdy wyszłam z pokoju, było mi lekko i radośnie, poszłam na oddział, gdzie pracowałam. Wieczorem, jak zwykle, była wspólna modlitwa z siostrami w kaplicy i posiłek. Gdy wróciłam do pokoju, poczułam nagle potrzebę pisania. Napisałam kilka słów i ku mojemu zaskoczeniu pismo było wyraźne i czytelne. Położyłam się spać, a mój sen był zupełnie inny niż zwykle. Zniknęło napięcie i ból mięśni, pojawiło się dawno nieodczuwane uczucie odprężenia.

Obudziłam się o 4.30 rano, godzinę przed pobudką, byłam radosna i odczuwałam potrzebę modlitwy. Zeszłam do kaplicy, gdzie modliłam się przed Najświętszym Sakramentem, odmawiając Różaniec i rozważając tajemnice światła. Później była wspólna modlitwa i Msza św. Miałam już pewność, że zostałam uzdrowiona, poczułam przypływ sił fizycznych i ogromną ochotę do pracy.

Na oddziale brakowało tego dnia personelu, ale ja czułam się tak dobrze, że mogłam sprostać pracom, jakie wykonywałam przed chorobą. W południe odstawiłam wszystkie lekarstwa, a wczesnym popołudniem powiadomiłam przełożoną Marie Thomas, że zostałam uzdrowiona za wstawiennictwem Jana Pawła II.



- Co działo się później, przez dwa lata, zanim świat dowiedział się o tym uzdrowieniu?

- 7 czerwca 2005 r. miałam wizytę kontrolną u neurologa. Lekarz, jak zwykle, uważnie mi się przyglądał, obserwował jak chodzę i siadam, a następnie zapytał, czy zwiększyłam może dawkę przyjmowanego leku. Odpowiedziałam, że od 3 czerwca nie biorę żadnych leków. Neurolog przeprowadził rutynowe badania i nie stwierdził u mnie żadnego objawu choroby Parkinsona. Po wizycie u lekarza matka przełożona powiadomiła o moim uzdrowieniu wszystkie małe siostry, prosząc jednocześnie o zachowanie tajemnicy.

19 czerwca spotkałam się z rodziną. Rodzice, wiedząc o postępach choroby, spodziewali się ujrzeć mnie na wózku inwalidzkim. Powiedziałam wszystkim o uzdrowieniu za wstawiennictwem Jana Pawła II. Była wielka radość i ogromne wzruszenie.


- Odzyskała Siostra radość i uśmiech, a jak zmieniło się życie po cudownym uzdrowieniu?

- Odbieram teraz życie zupełnie inaczej. W momencie narodzin fizycznie przychodzimy na świat, a ja przeżyłam odrodzenie duchowe i fizyczne. Uczestniczę we wszystkich pracach, jakie stawia przede mną codzienne życie, np. w pracach fizycznych, przeprowadzce, pakowaniu i rozpakowywaniu kartonów. Jestem szczęśliwa, że mogę na nowo służyć rodzinom, towarzyszyć rodzącemu się życiu. Jestem z tymi, którzy radują się, przyjmując nowe życie, jestem z rodzinami, które przyjmują dziecko upośledzone.

Codziennie uświadamiam sobie radość z każdej wykonanej czynności. To ciagły akt dziękczynienia. Zupełnie inaczej odbieram słowa Pisma Świętego o uzdrowieniu chorych, za każdym razem towarzyszy mi silne przeżycie wewnętrzne i wzruszenie. Bardzo ważna jest w moim życiu Eucharystia, adoracja i modlitwa różańcowa. Razem z siostrami modlimy się codziennie za chorych.


- Ofiarowała Siostra już raz swoje życie Panu Bogu, a tutaj taki wspaniały dar uzdrowienia - to jednocześnie dar i obowiązek. Jak Siostra to przeżywa?

- Jestem bardziej otwarta na towarzyszenie rodzinom i chorym, dobrze rozumiem, co odczuwa chory. Potrafię wczuć się w sytuację i współczuć oraz z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że na końcu tunelu jest światło nadziei. Nie wiemy tylko, kiedy do niego dojdziemy, czasami może to trwać długo, ale zawsze trzeba mieć nadzieję.


- Rodzi się pytanie, dlaczego właśnie Siostra?

- Nie wiem. Tylu jest przecież chorych na chorobę Parkinsona, czasami młodszych ode mnie, tylu chorych na choroby nowotworowe, dlaczego ja? To wielkie pytanie i tajemnica, i nie mam na nie odpowiedzi.


- Czy można powiedzieć, że teraz ma Siostra silny kontakt duchowy z Ojcem Świętym?

- Jan Paweł II jest mi bardzo bliski, jest bliski naszemu zgromadzeniu. My, małe siostry, jesteśmy w służbie rodzącego się życia, a Ojciec Święty również był bliski najsłabszym, chorym i bezbronnym, upominał się o każde życie. Modlę się często za jego wstawiennictwem i będzie towarzyszył mojemu życiu aż do końca.


Tłumaczenie i opracowanie Barbara Baranowska
http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl

Po prostu Gloria

Niestety, lekarz powiedział, że stwierdzono, iż dziecko nie ma nerek i pęcherza, co uniemożliwia mu życie poza organizmem matki. Zaproponowano natychmiastowe rozwiązanie ciąży przez cesarskie cięcie, zaznaczając jednak, że decyzja należy do mnie. Kolejne USG wykazało, że uzupełnione poprzedniego dnia wody prawie całkowicie zanikły, nie ma zatem fizycznej możliwości kontynuowania ciąży.


Gloria w chwili przyjścia na świat ważyła 860 g. Badania USG wskazywały, że nie ma nerek i pęcherza, przypuszczano, że jej życie potrwa najwyżej kilka godzin.


Joanna i Jacek Wronowie z Częstochowy wierzą, że ich najmłodsze dziecko zostało uratowane za wstawiennictwem Jana Pawła II, którego żarliwie prosili o pomoc. Są małżeństwem od 13 lat, ich starsze córki Dominika i Wiktoria chodzą do szkoły. Rodzina Wronów mieszka skromnie w pokoju z kuchnią. Jacek pracuje w policji, jest wykładowcą w Wyższej Szkole Policyjnej w Szczytnie, do domu przyjeżdża w weekendy.


- Na początku mąż pracował na miejscu, w Częstochowie, ale też trudno było go zastać w domu, bo policja to służba, a nie praca etatowa -mówi Joanna, która zajmuje się domem. Ze studiów na romanistyce zrezygnowała po urodzeniu Dominiki, wybrała to, co uznała za ważniejsze w życiu.


Joanna mówi, że o życiu Glorii wiedziała niemal od pierwszych chwil, od początku też było inaczej niż wtedy, kiedy oczekiwała narodzin starszych córek. - Byłam pod opieką specjalisty, niby nie działo się nic złego, ale ja czułam, że coś jest nie tak. Taki matczyny szósty zmysł.


W drugiej połowie szóstego miesiąca zaniepokoiły ją słabsze ruchy dziecka. Badanie w szpitalu, potem wizyta u specjalisty i sugestia z jego strony, aby skontaktować się z kliniką, ponieważ stwierdził u dziecka m.in. arytmię serca. Mąż zawiózł Joannę na konsultację do Centralnego Szpitala Klinicznego Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. W badaniu USG stwierdzono małą ilość wód płodowych oraz hypotrofię dziecka, którego rozwój zatrzymał się kilka tygodni temu, a jego wagę oszacowano na 468 g.


- Nie ukrywano, że sytuacja jest bardzo trudna. Za kilka dni miałam zgłosić się na oddział na szczegółowe badania. Byłam pod wrażeniem troski i fachowości Profesora, który mnie badał, ale załamana diagnozą - relacjonuje Joanna. W drodze powrotnej płakałam. Mój mąż powiedział wtedy: - Nie płacz, być może Profesor jest mistrzem świata w swojej specjalności, ale przecież nie on decyduje o życiu.


W swoich notatkach Joanna napisała: "Od tego momentu modlę się do Ojca Świętego Jana Pawła II, prosząc go o uratowanie naszego dziecka. Każdego dnia kładę na brzuchu obrazek z jego wizerunkiem. Na odwrocie widnieje tekst modlitwy oraz odręczny napis: 'Ojciec Święty wziął do rąk i pobłogosławił z myślą o chorych w Krakowie na Wawelu 22 czerwca 1983 r.' "


Dziewięć dni później Joanna zostaje przyjęta na oddział patologii ciąży katowickiej kliniki. Badanie USG wykazuje, że wody płodowe całkowicie zanikły, ale córeczka - mimo tak trudnych warunków - przez ostatnie 9 dni niemal podwoiła wagę - waży 860 g. Joannę czekał zabieg amnioinfuzji - czyli uzupełnienia wód płodowych.


Następnego dnia po zabiegu Profesor poprosił mnie na rozmowę i powiedział, że ustalono przyczynę powikłań ciążowych; jest to zespół taśm owodniowych, polegający m.in. na rozwarstwieniu łożyska - opowiada Joanna. Niestety, lekarz powiedział, że stwierdzono, iż dziecko nie ma nerek i pęcherza, co uniemożliwia mu życie poza organizmem matki. Zaproponowano natychmiastowe rozwiązanie ciąży przez cesarskie cięcie, zaznaczając jednak, że decyzja należy do mnie. Kolejne USG wykazało, że uzupełnione poprzedniego dnia wody prawie całkowicie zanikły, nie ma zatem fizycznej możliwości kontynuowania ciąży.


- Miałam moment kryzysu. Poprosiłam Matkę Bożą o siłę, abym mogła przyjąć to, co jest mi przeznaczone. Lekarzom powiedziałam, że nim podejmę decyzję, chcę porozmawiać z kapelanem szpitalnym i przystąpić do Komunii św. Była godz. 900, kapelan miał przyjść ok. 1100. Jeszcze raz wykonano mi USG. Potwierdzono, że dziecko nie ma nerek i pęcherza, ma rozdęte jelita, megakardię - przerośnięte serce oraz, że komory serca nie współpracują z przedsionkami.


Długo trwała rozmowa z dwoma franciszkanami, którzy przyszli na szpitalny oddział. Potem Joanna rozmawiała jeszcze telefonicznie z franciszkańskim etykiem o. Mieczysławem Wnękowiczem. - Po chwili rozmowy o. Mieczysław powiedział, że ma przeczucie, że ta operacja powinna się dokonać - wspomina Joanna. - Wziął do rąk relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus i pomodlił się razem ze mną. Rozmowa podziałała na mnie jak impuls, podpisałam zgodę na operację. Poprosiłam też, aby córeczkę natychmiast ochrzczono, nadając jej imiona Gloria Maria, które wybrałam, kiedy na Jasnej Górze ofiarowałam córkę Maryi.


Dwukrotnie uratowana

Przebudzenie. Przy łóżku mąż i mama. Mówią, że dziecko żyje. Ból fizyczny jest niczym w porównaniu z lękiem o Glorię. Później Joanna zapisze jedną z myśli skierowanych tej nocy ku Chrystusowi: "Przecież nie dajesz człowiekowi większego krzyża, niż może udźwignąć, a więc z Twoją pomocą przebrnę przez te wszystkie trudności i doświadczenia".


- Następnego dnia rano do mojej izolatki weszła lekarka - opowiada Joanna. - Powiedziała, że jest pediatrą, żebym nie rozbudzała w sobie zbyt wielkich nadziei, ale z moim dzieckiem dzieje się coś niesamowitego. Pojawiły się kropelki moczu, a więc jest pęcherz i przynajmniej jedna nerka. Poza tym Gloria oddycha samodzielnie, bez respiratora, co u 28-tygodniowego dziecka, ważącego 860 g, jest zwykle niemożliwe. W klinice dziewczynka spędza 71 dni, z tego 62 dni w inkubatorze. W 11. dobie życia zostaje zakażona gronkowcem, zapada na sepsę. Wydaje się, że to już koniec, jednak maleństwo po dwóch tygodniach - ku zaskoczeniu wszystkich - zwalcza chorobę.


Codziennie jechałam 80 km, z Częstochowy do Katowic, aby zostawić małej ściągany z piersi pokarm - wspomina Joanna. - Wiedziałam, że to jest dla niej najważniejsze. Karmiono ją sondą. Mnie pozwolono ją dotknąć dopiero w 38. dobie życia. Wtedy położyłam jej na główce mój obrazek z Ojcem Świętym Janem Pawłem II.


Miłością trzeba się dzielić

Karta wypisowa Glorii ze szpitala nie wyglądała optymistycznie: krwawienia śródczaszkowe 2. i 3. stopnia, torbiel przegrody w mózgu, na 10 czynników uszkodzenia słuchu miała zaburzonych 6, retinopatię 2 stopnia i dużą przepuklinę pępkową - mówi Joanna. Najważniejsze, że wreszcie mieliśmy ją w domu, że wzięta na ręce przytulała się do piersi, jakby chciała nadrobić czas rozdzielenia z najbliższymi.


Do swojego kalendarza Joanna wpisuje kolejne wizyty u specjalistów: neonatologa, ortopedy, neurologa, okulisty, laryngologa. Pod kierunkiem rehabilitantki uczy się wykonywać masaże, starannie pielęgnuje brzuszek dziecka, aby uniknąć operacji przepukliny. Gloria robi szybkie postępy, w końcu okazuje się, że jest zdrowa, że nie są potrzebne żadne operacje. Joannie przypominają się słowa, które usłyszała w sercu, kiedy spodziewając się najgorszego, czekała samotnie w sali przedoperacyjnej: "Po bólu rodzenia przyjdzie radość macierzyństwa".


- Gloria wniosła w nasz dom szczęście i radość, w niczym nas nie ograniczała, kiedy Wiktorię i Dominikę zawoziłam do szkoły lub na basen, jechała z nami - mówi Joanna. - Lubimy aktywny tryb życia, Glorii też nie trzymaliśmy pod kloszem, zabieraliśmy ją do Żywca, na Podhale, na Węgry. W czasie niedawnych ferii wybrali się do Krakowa, Wadowic i Zakopanego.


Do rodziny Wronów na czas ferii dołączyła 13-letnia, niepełnosprawna Monika z zakładu opiekuńczo- wychowawczego. - Zobaczyłam ją w styczniu w programie telewizyjnym - mówi Joanna. - Pomyślałam wtedy, przecież ktoś musi pokochać to dziecko, które nie prosi o komputer czy zabawki, prosi tylko o miłość. Dlaczego nie my? Porozmawiałam z mężem, który odszukał Monikę. O tym, że moglibyśmy adoptować dziecko niepełnosprawne, myśleliśmy jeszcze przed narodzeniem Glorii. Kilka razy rozmawialiśmy z dziewczynką telefonicznie. Zapytaliśmy, czy chciałaby pojechać z nami na ferie. Jesteśmy pełni nadziei, że nasza rodzina niedługo powiększy się jeszcze o Monikę.


Czy dadzą radę finansowo? - Pamiętam, że Jan Paweł II powiedział kiedyś, że największą biedą dla dzieci nie jest bieda materialna, lecz brak rodzeństwa - mówi Joanna. - Chcielibyśmy mieć liczną rodzinę. Ponieważ jestem w domu, mogę gospodarować oszczędnie. Dziwię się, gdy słyszę, jak młode kobiety narzekają, że wychowanie dziecka tyle kosztuje. Gloria sypia w łóżeczku, w którym wychowały się jej siostry, a wcześniej ja i mój brat. Może to reklama sprawia, że rodzice uważają, iż dziecko potrzebuje kosztownych ubrań i zabawek. Tymczasem dziecko potrzebuje naszej mądrej miłości. I modlitwy.


Świadectwo Joanny i Jacka Wronów zostało opublikowane w numerze 8/2006 "Totus Tuus" - miesięcznika Postulacji do Spraw Beatyfikacji i Kanonizacji Sługi Bożego Jana Pawła II.
Anna Wyszyńska
http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl

Ten sam cud został opisany także w Gazecie Krakowskiej.


Gloria Maria Wrona ma pięć i pół roku. Jest zdrową, niezwykle energiczną i wiecznie uśmiechniętą dziewczynką. We wrześniu pójdzie do szkoły. Ale teraz w głowie ma harce. Właśnie razem z rodzicami i rodzeństwem jest na feriach w Zakopanem. Wspina się po górach, uczy się jeździć na nartach, turla się w śniegu. Po prostu - zwykłe, szczęśliwe dziecko, jakich wiele. Nie jest do końca świadoma, że nad cudem jej narodzin i uzdrowienia w Watykanie głowili się duchowni i medycy. Częstochowianka Gloria Maria to jeden z przypadków, który był rozpatrywany w procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II!


Lekarze nie dawali jej żadnych szans. Wierzyła w nią tylko jej mama Joanna. Modliła się do Jana Pawła II. Gloria Maria urodziła się w szóstym miesiącu ciąży. Nie miała prawa żyć. Wada serca, niewykształcone prawidłowo nerki i wątroba. Ale stał się cud.

Ciąża od początku była zagrożona. Małżonkowie Joanna i Jacek Wronowie krążyli od lekarza do lekarza.


- To był 27. tydzień ciąży. Gloria ważyła 467 gram. Jej szanse na przeżycie były równe zeru - wspomina Joanna Wrona.
Taki wyrok usłyszeli w Klinice Położnictwa i Ginekologii Centralnego Szpitala Klinicznego w Katowicach. Prof. Jerzy Sikora, szef kliniki, zdiagnozował u Glorii hipotrofię asymetryczną. To oznaczało, że u dziecka organy wewnętrzne zatrzymały się na pewnym etapie rozwoju. Joanna niedługo potem trafiła do szpitala. Jej mąż Jacek, wykładowca Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, musiał zaopiekować się córkami Dominiką i Wiktorią.


- Byłam przygnębiona. Zaczęłam się modlić do Matki Boskiej za pośrednictwem Ojca Świętego. Miałam obrazek z odręcznym napisem, że Jan Paweł II wziął go do rąk i pobłogosławił z myślą o chorych na Wawelu w 1983 roku - wspomina Joanna.

Lekarze nalegali na operację i szybkie rozwiązanie ciąży, która zagrażała życiu matki. Joanna nie chciała.

- Jestem wierząca i chciałam donosić tę ciążę dokąd się tylko da. Jeśli dziecko ma umrzeć, niech to się stanie naturalnie - opowiada Joanna.

Lekarze nadal naciskali. Odwlekanie operacji, naturalny poród dziecka i tak skazanego na śmierć - groziło powikłaniami, nawet koniecznością usunięcia macicy. Joanna postanowiła porozmawiać z duszpasterzem szpitalnym. Franciszkanie, którzy do niej przyszli powiedzieli, że jeśli zgodzi się na zabieg, będzie to aborcja.


- Byłam bliska, by zrezygnować z operacji, gdy jeden z duchownych zaproponował konsultację z etykiem franciszkańskim, ojcem Mieczysławem Wnękowiczem. A on powiedział mi, że ma przeczucie, że tę operację trzeba wykonać natychmiast. Powiedział, że ma na sobie stułę ojca Pio. Pomodlił się razem ze mną nad relikwiami św. Teresy od Dzieciątka Jezus - wspomina Joanna.
Zgodziła się na zabieg. To były najtrudniejsze chwile w jej życiu. Leżąc w sali przedoperacyjnej spoglądała na krzyż i modliła się. W pewnej chwili usłyszała głos, który trzykrotnie wypowiedział słowa "Po bólu rodzenia następuje radość macierzyństwa".


- Pomyślałam, że u mnie będzie tylko ból. Poprosiłam o ochrzczenie córeczki imionami Gloria Maria. Trochę się zawahałam, bo jaka to chwała Maryi, gdy te imiona znajdą się na nagrobku - mówi Joanna.

Wtedy po raz pierwszy poczuła ruchy dziecka. To tylko spotęgowało jej cierpienie. Była świadoma, że jej "tak" na operację zakończy kruche życie, które w sobie nosi.

Kiedy wybudziła się po zabiegu dowiedziała się, że dziewczynka przeżyła, ale jej stan jest ciężki. Bardzo się denerwowała. Usnęła dopiero nad ranem. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła nad sobą kalendarz ze zdjęciem Jana Pawła II. Niemal taki sam, jak ten, do którego modliła się o życie dla Glorii. Wtedy też przyszła lekarka i powiedziała, że u dziecka pojawiły się pierwsze kropelki moczu. To zaś oznacza, że dziewczynka ma przynajmniej jedną nerkę i pęcherz. Jest ruchliwa. Widać, że bardzo chce żyć. I co niesłychane - mimo że waży zaledwie 860 gram, oddycha samodzielnie.


- Spojrzałam na obraz Ojca Świętego i wiedziałam, że jemu zawdzięczam to szczęście - mówi Joanna.

To jednak nie był koniec walki. Następnego dnia Gloria została przewieziona do Górnośląskiego Centrum Matki i Dziecka w Katowicach. Spędziła tam 70 dni. Miała posocznicę.

- Przyjęłam to spokojnie. Tak, jakby moje starsze córki - Dominika czy Wiktoria - zdrowe i silne dziewczyny - po prostu złapały katar. Skoro Gloria przeżyła, to po to, aby o czymś zaświadczyć - podkreśla Joanna.


Codziennie jeździła do Katowic z pokarmem. I nawet przez sekundę nie pomyślała, że może już jej tam nie zastać żywej. Kiedy po 70 dniach Gloria w końcu opuszczała klinikę - wypis nie brzmiał optymistycznie. Miała zmiany w mózgu, krwawienie śródczaszkowe, torbiel w mózgu. To były efekty niedotlenienia. Były też problemy ze wzrokiem i słuchem. Do tego uszkodzone bioderka i przepuklina pępkowa.


- Zabierając dziecko z kliniki dobrze wiedzieliśmy, że będzie niepełnosprawne, w pewnym stopniu upośledzone - mówią Wronowie.

Po powrocie do domu rozpoczęli rehabilitację dziewczynki. Chcieli nadrobić dwa miesiące, kiedy byli osobno. - Nosiłam ją, przytulałam, śpiewałam. Była taka malutka, że mieściła się na jednej ręce. Można było z nią zamiatać, sprzątać, gotować - uśmiecha się Joanna.

Przez rok nie zostawiła jej samej nawet na chwilę. Zabierała ją ze sobą wszędzie - do szkoły na wywiadówkę, do sklepu, czy do logopedy z Wiktorią.


Gloria bardzo szybko zaczęła się odwdzięczać rodzicom za to poświęcenie. Błyskawicznie zaczęła nawiązywać kontakt, gaworzyć. Kiedy miała półtora roku, już chodziła i mówiła. Teraz ma pięć i pół roku. Jest przedszkolakiem, a od września wybiera się do szkoły. Świetnie rozwija się fizycznie i umysłowo. Wzrostem nieco różni się od rówieśników. Ale za to przerosła ich emocjonalnie. Jest otwarta, ciekawa świata. Z niezwykłą łatwością nawiązuje kontakty. Retinopatia cofnęła się samoistnie. Słyszy idealnie.


- To było coś nadzwyczajnego, cud - mówi Jacek Wrona. Z dumą patrzy na córeczkę śmiało zjeżdżającą na nartach po stoku. - Lekarze, choć wcześniej nie dawali jej szans przeżycia, przyznali, że to była dla nich lekcja pokory - dodaje.

Joanna Wrona pisała pamiętnik, w którym notowała, jak przebiegała ciąża. Później zapisywała jak córka się rozwija, nadrabia zaległości.


Historia Glorii Marii została wpisana do księgi cudów jasnogórskiego klasztoru. Gdy Gloria skończyła sześć miesięcy, w jej intencji odbyła się msza na Jasnej Górze. Rodzice ofiarowali Matce Boskiej serce ze złota z napisem: Gloria Maria. Jacek Wrona na podstawie dziennika żony napisał książkę. Wydał ją na własny koszt. Rodzice dziewczynki chcieli w ten sposób podziękować wszystkim, którzy ich wspierali w tym trudnym czasie.


Jeden z egzemplarzy trafił do Postulacji do spraw Beatyfikacji i Kanonizacji Sługi Bożego Jana Pawła II. Historia narodzin i wyzdrowienia Glorii była analizowana przez Watykan i została włączona do procesu beatyfikacyjnego Ojca Świętego. Joanna i Jacek Wronowie cieszą się, że przypadek ich córki potwierdza świętość papieża.


- Teraz szczególnie wracamy do tych trudnych chwil sprzed kilku lat - mówią Wronowie. - Im bliżej beatyfikacji Jana Pawła II, tym nasza radość jest większa. Bardzo się cieszymy, że będziemy uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu. Dla nas to ukoronowanie, bo doświadczyliśmy czegoś niezwykłego.


Gloria ma dwie starsze siostry: Dominikę i Wiktorię, a także młodszego braciszka 2,5-letniego Maksia.

- Jestem szczęśliwa. Jestem bardzo szczęśliwa! - wyznaje Joanna. - Na wszystkie dzieci patrzę jednakowo. Może nawet Glorię oceniamy bardziej srogo. Chcielibyśmy, żeby było dla niej ważne to, co wydarzyło się na początku jej życia. Nie ma dnia, żebym patrząc w te jej wielkie oczy nie myślała o jej niezwykłych okolicznościach przyjścia na świat - dodaje mama Glorii.


Co na to wszystko Gloria? Czy wie, kim był Jan Paweł II, któremu zawdzięcza życie? - To nasz papież. On poszedł do nieba - odpowiada z powagą. - Kocham go. Był dobry dla ludzi. Zostanie świętym - mówi z przekonaniem Gloria i wraca do swoich kolorowanek. Tęskni do koleżanek z przedszkola - Emilki, Natalki, Klaudii i Gabrysi. Marzy też o ponownej wyprawie do zoo.


www.gazetakrakowska.pl

Australijczyk Emil Barbar

Australijczyk Emil Barbar urodził się z paraliżem mózgowym. Od urodzenia rozwijał się dużo wolniej niż dzieci w jego wieku, miał problemy z najprostszymi czynnościami. Gdy dziecko podrosło, okazało się, że nie artykułuje słów, a jego mowa przypomina bełkot. Według lekarzy skazany był na dożywotnią jazdę na wózku inwalidzkim. W Poniedziałek Wielkanocny roku 1980 matka zabrała kilkuletniego Emila do Rzymu. Przyjechali z grupą niepełnosprawnych. Na placu Świętego Piotra wyszedł do nich Ojciec Święty. I wtedy chłopiec zaczął krzyczeć:


"- Papieżu, podejdź tutaj, podejdź tutaj!".
Papież przygarnął jego głowę i pocałował. Matka rozpłakała się.
"- Czemu płaczesz?" - zapytał Ojciec Święty.
"Mój syn nie może chodzić" - odpowiedziała.
"Zabierz go do Lourdes. Zobaczysz, będzie chodził!" - poradził Jan Paweł II i podał jej krzyżyk oraz różaniec.

Pojechali do francuskiego sanktuarium. Matka zanurzyła chłopca w źródle, które po jednym z objawień Maryi wytrysnęło w Grocie Masabielskiej. "Mamo, nie płacz, Matka Boża powiedziała mi, że będę chodził" - oświadczył Emil. Wrócili do Australii. Emil nadal uczęszczał do przedszkola dla niepełnosprawnych. Po sześciu tygodniach wstał z wózka. I już na niego nie wrócił. Wyzdrowiał. Ćwierć wieku po tamtym wydarzeniu Emil jest absolwentem studiów prawniczych i chce zostać adwokatem.


http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl

Piotruś z Warszawskiej Pragi z guzem mózgu

W 1999 r. Jan Paweł II po raz siódmy pielgrzymował po Polsce. W niedzielę 13 czerwca przewodniczył liturgii Słowa przed katedrą Świętych Michała Archanioła i Floriana Męczennika na warszawskiej Pradze.


"Ojca Świętego witało wówczas dwoje dzieci - mówił ks. Henryk Zieliński, wówczas szef lokalnej edycji tygodnika Niedziela. - Jednym z nich był pięcioletni Piotruś. Dwa lata wcześniej chłopiec ciężko zachorował. Lekarze stwierdzili złośliwego guza mózgu. Najlepsi lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie. Przypadek uznano za beznadziejny. Wówczas matka i babcia postanowiły napisać list do Papieża z prośbą, aby modlił się w intencji uzdrowienia chłopca. Po jakimś czasie z Watykanu przyszedł list z informacją, że Ojciec Święty modli się za Piotra. Wkrótce potem chłopczyk poczuł się lepiej, a badania tomograficzne wykazały, że guz zniknął".(*)


(*) Wszystkie cytaty wykorzystane w 15. numerze Kolekcji Papieskiej "Niedzieli" pochodzą z książki Pawła Zuchniewicza "Cuda Jana Pawła II".
http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl

Mikołaj Józef z Opola

Wśród świadectw o uzdrowieniach nadesłanych do postulatora procesu beatyfikacyjnego, znalazł się też akcent opolski. Arkadiusz pisze, że 1 czerwca (rok pozostaje nieznany) urodził mu się w Opolu syn, Mikołaj Józef. U dziecka stwierdzono ubytek w przegrodzie serca i brak ciągłości łuku aorty. Chłopczyk został przewieziony do Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.

Tydzień póżniej dziecko przeszło 7-godzinną operację. Jego stan był krytyczny. Kiedy następnego dnia ojca poinformowano, że potrzebna będzie kolejna operacja, niebezpieczna dla życia dziecka, zawiózł on do szpitala i położył przy łóżeczku chorego malucha obrazek z modlitwą o łaski za wstawiennictwem Jana Pawła II i dołączonym do niego skrawkiem sutanny papieża.

Rodzice modlili się przez cały czas przez wstawiennictwo Karola Wojtyły do Miłosierdzia Bożego i wierzyli, że zdarzy się cud. I zdarzył się. Do powtórnej, planowanej na następny dzień operacji nie doszło. Nie było potrzeby. Chłopczyk ozdrowiał. Lekarze byli zszokowani. Profesor stwierdził, iż tego nie rozumie i nazwał to zdarzenie "palcem Bożym". Także ordynator był zdania, że powinienem dać świadectwo o cudownym wstawiennictwie papieża.


Bogaty amerykański Żyd

Po śmierci Jana Pawła II włoska prasa przypomniała historię opowiedzianą trzy lata wcześniej przez arcybiskupa Stanisława Dziwisza dziennikarzom Andrei Torniellemu ("Il Giornale") i Marco Tossatiemu ("La Stampa"). Wydarzenie miało miejsce w 1998 roku. Pewien znajomy sekretarza Ojca Świętego zwrócił się do niego w imieniu swojego przyjaciela. Był to chory na raka mózgu bardzo zamożny Amerykanin, jak się później okazało pochodzenia żydowskiego, który miał trzy pragnienia: zobaczyć Papieża, pojechać do Jerozolimy i wrócić do USA, by tam umrzeć.

Kiedy przyjechał do Włoch, okazało się, że Jan Paweł II jest w letniej rezydencji w Castel Gandolfo. Pojechał więc za nim i tam, mimo że był wyznania mojżeszowego, przyjął z jego rąk Komunię. Arcybiskup Dziwisz dowiedziawszy się później, że nie był on chrześcijaninem, lecz żydem, zwrócił uwagę swojemu znajomemu, że osoba spoza Kościoła nie może przyjmować Komunii. Złagodniał, gdy kilka tygodni później zadzwonił do niego znajomy ze Stanów, informując, że człowiek, który szykował się na śmierć, cudownie ozdrowiał. Guz mózgu jego przyjaciela zniknął.


Kanadyjka Angela Baronni

Szesnastoletnia Kanadyjka Angela Baronni spotkała się z Janem Pawłem II podczas Światowego Dnia Młodzieży w Toronto w 2002 roku. Angela była chora na raka szpiku kostnego, lekarze dawali jej niewielkie szansę na przeżycie. Papież modlił się nad nią, położył ręce na jej głowie i zrobił znak krzyża.

Wkrótce Angela zaczęła zdrowieć. Wstała z wózka, a jej lekarz stwierdził, że jest całkowicie wyleczona. W chwili śmierci Papieża studiowała na uniwersytecie w Toronto. Audycję o Angeli telewizja kanadyjska nadała niedługo po odejściu Jana Pawła II. W czasie programu dziewczyna pokazała zdjęcia z Ojcem Świętym, opowiedziała o zdarzeniu, jej lekarz zaś oświadczył, że stało się coś, czego nie umie wytłumaczyć.

"Czy możesz nam powiedzieć, co takiego wtedy powiedział ci Ojciec Święty?" - zapytał prezenter.

"Tak - odpowiedziała - to nie jest już żadna tajemnica. Powiedział mi kilka słów: że Pan Jezus bardzo mnie kocha i chce, żebym była zdrowa. Ja mu uwierzyłam i wiem, że to on uprosił mi łaskę zdrowia u Pana Jezusa, i dlatego on zawsze zostanie tu, w moim sercu".


Mariusz Drabikowski, bursztynnik z Trójmiasta.

To prawdziwy cud! Wierze w Boga i Matkę Boską, a także wstawiennictwu polskiego papieża - jak sam twierdzi - zawdzięcza powrót do zdrowia Mariusz Drabikowski, znany bursztynnik z Trójmiasta. W roku 2002 usłyszał, że ma pierwsze symptomy stwardnienia rozsianego. W następnym roku stracił władzę w nogach, potem w rękach, zaczął tracić wzrok. Pod koniec 2003 roku pojechał na audiencję do Watykanu.

Jan Paweł II przyjął go w towarzystwie przeora klasztoru jasnogórskiego. Papież położył dłoń na głowie artysty, błogosławiąc go. "Poczułem, że napełniają mnie nowe, nieznane mi siły", pisał później gdańszczanin. Podczas audiencji przeor paulinów poprosił go o wykonanie bursztynowej sukni dla jasnogórskiego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Bursztynnik przyjął zamówienie, choć obawiał się, czy z powodu pogłębiającej się choroby będzie w stanie je zrealizować.

Wrócił do Gdańska i po kilku tygodniach zaczął wracać do zdrowia. Poprawił mu się wzrok, odzyskał sprawność rąk i nóg. A półtora roku później, już po śmierci papieża, arcybiskup Dziwisz mógł poświęcić nową suknię Czarnej Madonny. "To cud, prawdziwy cud. Wierzę; Jasnogórska Pani, że za pośrednictwem Ojca Świętego przywróciłaś wzrok moim oczom i władzę moim nogom", skomentował artysta.


Janusz, polski marynarz z Nowego Jorku

Janusz z Nowego Jorku od 26 lat jest emigrantem. Jak sam mówi, nigdy nie był praktykującym katolikiem. Był nim tylko w teorii, a właściwie bliski był agnostycyzmu. Dziś przekonany jest, że życie zawdzięcza Karolowi Wojtyle. Marynarz z zawodu i właściciel kilku jachtów w grudniu 2005 roku ruszył w stronę Bermudów z zamiarem opłynięcia świata.

Po trzech dniach rejsu sztorm podarł mu dwa żagle. Nie przejął się tym, bo miał trzy zapasowe komplety. Ale cztery dni później kolejny sztorm położył jacht masztem na wodę. Przez 10 minut nie dało się go podnieść. Wielka fala wybiła dziurę w pokładzie, podróżnik z trudem dotrwał do świtu. Uszkodzenie pokładu udało się usunąć, ale gdy morze się uspokoiło, Janusz z przerażeniem odkrył, że woda wyrwała ster, urwała antenę radiową i zniszczyła całą elektronikę. - Straciłem kontrolę nad jachtem, który dryfował tak, jak znosiły go prądy morskie i wiatr - pisze Janusz.

Z daleka widział mijające go statki i kutry, ale żaden nie potrafił się z nim połączyć drogą radiową. Krzyki nie pomagały. Po dwóch miesiącach dryfowania woda, jedzenie i gaz były na wyczerpaniu. Zmęczony, przerażony żeglarz usnął i przespał 18 godzin. Wycieńczony marynarz wyszedł na pokład i w malignie zaczął krzyczeć: Wojtyła, Wojtyła, Wojtyła, pomóż mi! Powtórzył to wezwanie jeszcze kilka razy w ciągu dnia.

Kiedy nazajutrz wyszedł na pokład, zobaczył przepływający o zaledwie 500 metrów statek. Zaczął krzyczeć i bić w dzwon. Pomogło. Francuska załoga płynąca do Marsylii nie tylko udzieliła mu doraźnej pomocy, ale powiadomiła o jego istnieniu inny statek udający się z Florydy do Kanady. Rejs trwał jeszcze pięć dni, a leczenie po nim prawie dwa miesiące. Już zdrowy Janusz wrócił do Nowego Jorku, gdzie mieszka do dzisiaj.


poeta Marek Skwarnicki

Przekonany o interwencji Jana Pawła II jest też poeta pisarz i przyjaciel Jana Pawła II - Marek Skwarnicki, który w listopadzie 1987 roku w Rzymie ciężko zachorował na serce. Wiem od uczestników kolacji z Papieżem w dniu mojej diagnostycznej koronarografii w rzymskim Ospedale Aurelia - pisze Skwarnicki w książce "Pozdrawiam i błogosławię" - że kiedy Ojca Świętego zawiadomiono o moim prawie krytycznym stanie, wstał i poszedł do kaplicy pomodlić się. Poniekąd temu przypisuję, że się uratowałem.

Dwadzieścia cztery godziny później w Klinice Jana Pawła II w Krakowie założono mu bajpasy i kryzys został zażegnany. Po piętnastu latach u pisarza wykryto raka jelita grubego. Operowano go. Dzisiaj myślę, że znów uratowały mi życie modlitwy Jana Pawła II - pisze Skwarnicki. - Lekarze byli i nadal są zdumieni brakiem przerzutów, ponieważ choroba była zaawansowana.


Włoski kardynał Francesco Marchisano

Z kolei włoski kardynał Francesco Marchisano, archiprezbiter bazyliki Świętego Piotra wyznał, że niegdyś stracił głos, by potem odzyskać go - jak twierdził - za sprawą Papieża. Kardynał powiedział o tym gdy odprawiał drugą z dziewięciu mszy (tzw. novendiali), tradycyjnie sprawowanych po pochówku papieży. "Pięć lat temu miałem operację tętnicy szyjnej - mówił Marchisano podczas homilii 9 kwietnia 2005 roku w bazylice Świętego Piotra.

- Po przebudzeniu się z narkozy stwierdziłem, że nie mogę wydobyć z siebie głosu. To był błąd lekarzy. Kilka dni później Papież zaprosił mnie na obiad. Słuchał z wielką uwagą, a ja z trudem usiłowałem coś powiedzieć. Na koniec wstał. Zbliżył się do mnie, dotknął miejsca, w którym byłem operowany, i powiedział: «Nie martw się, szybko wyzdrowiejesz, Pan pomoże ci, abyś na nowo mógł mówić». Byłem bardzo wzruszony, mocno go objąłem, tak jak obejmuje się ojca. Z kolei on wzruszył się i powiedział: 'Dziękuję'. Niedługo potem kardynał odzyskał głos. Zapytany, czy to był cud, odpowiedział: "Możliwe. Święci mają moc".


Bez weryfikacji trudno ocenić, które z tych uzdrowień naprawdę są cudami. I czy rzeczywiście za wszystkie odpowiada Ojciec Święty. Ale jedno nie ulega wątpliwości. Jan Paweł II był papieżem, który pochylał się nad najbardziej potrzebującymi, łączył i skłaniał do dobra. W cudowny sposób umiał podjąć dialog nawet ze swoimi wrogami. Zmieniał ludzi na lepszych. To przyznają nawet osoby oddalone od Kościoła, ateiści czy agnostycy. I to jest być może największy z jego cudów.

Viva; wydanie specjalne; Błogosławiony Jan Paweł II; tekst Maciej Wesołowski.

Nie wszystko, co nas spotyka, da się racjonalnie wytłumaczyć. Kiedy nauka nie potrafi przedstawić jednoznacznej odpowiedzi, zaczynamy myśleć o ingerencji siły wyższej. Mówimy, że niewytłumaczalne zjawisko jest wynikiem działalności Boga. Czy cuda można wyprosić modlitwą? Dorota Bonzel z Gazety Krakowskiej przypomina te, które przypisuje się wstawiennictwu Jana Pawła II.


Siostra Benona z Chodzieży

W to, że cuda można wymodlić, nie wątpi siostra Benona z zakonu serafitek w Chodzieży. Zakonnica jest przekonana, że dzięki modlitwie o zdrowie zanoszonej do Jana Pawła II uniknęła operacji, choć lekarze twierdzili, że jest ona konieczna, by mogła chodzić.

Pewnego dnia 2008 roku, podczas pobytu w pilskiej klinice Ars Medical, zakonnica sięgnęła po Gościa Niedzielnego.


Okładkę gazety zdobił wizerunek Jana Pawła II. W środku był tekst o osobach, które zostały uzdrowione dzięki modlitwom do papieża. W nocy, po przeczytaniu artykułu, siostra postanowiła modlić się do Ojca Świętego o wstawiennictwo u Boga. Prosiła, by mogła chodzić o własnych siłach. Około godziny drugiej poczuła, że ból ustaje. Spróbowała usiąść na łóżku, potem ostrożnie wstała. Mogła chodzić! Płakała ze szczęścia...


Następnego dnia, podczas wizyty, siostra opowiedziała o wszystkim lekarzom. Po kolejnym badaniu tomografem komputerowym okazało się, że operacja nie jest potrzebna, że na razie wystarczy rehabilitacja. Dziś zakonnica wciąż prosi Boga o zdrowie, bo nie jest przesądzone, że w przyszłości zabieg nie będzie konieczny. Kręgosłup jeszcze czasami ją boli, ale nie przeszkadza to jej w normalnym funkcjonowaniu. I nawet jeśli czasem potrzebna jest tabletka przeciwbólowa, to już nie tak silna jak kiedyś, a siostra nie traci nadziei, że dzięki sile modlitwy nie trafi na stół operacyjny.


Myślała, iż nie ma dla niej ratunku.

Doświadczenie cofnięcia się choroby stało się również udziałem proszącej o anonimowość innej siostry zakonnej z Wielkopolski. Przed kilkunastu laty zachorowała. Różne dolegliwości utrudniały jej życie. Była coraz słabsza. Lekarze nie byli w stanie nawet rozpoznać choroby, nie chcieli operować. Tymczasem dolegliwości nasiliły się tak bardzo, że myślała, iż nie ma dla niej ratunku.

Wówczas odważyła się i postanowiła zwrócić się z prośbą o modlitwę i o błogosławieństwo do Jana Pawła II. Potem wydarzenia potoczyły się szybko. Lekarze już nie mówili, że nie ma sensu operacyjne leczenie. Kolejna operacja usunęła wszelkie dolegliwości, a przede wszystkim ból. Dziś głęboko wierzy, że jej los odmienił się, dzięki błogosławieństwu i modlitwie papieża.

- Jan Paweł II nie lubił, gdy mówiono, że dzięki niemu wydarzył się cud. Powtarzał, że to Bóg jest od czynienia cudów, a człowiek nie jest do tego zdolny. Ale dzięki Jego bliskości z Bogiem, za Jego pośrednictwem i dzięki Jego modlitwie, ludzie cudownie zdrowieli - komentuje ksiądz Władysław Deryng, kapelan pilskiej kliniki Ars Medical.

Głęboko wierzy, że każda modlitwa, zwłaszcza ta, zaniesiona do Boga za pośrednictwem "naszego papieża" może zdziałać cuda i tę wiarę stara się zaszczepić w sercach chorych. A łatwo nie jest, bo u pacjentów najpierw rodzi się bunt i pretensja do Boga za to, że to ich dotknęła choroba.


Modlitwa czyni cuda

Podobnego zdania jest Alicja Graczyk, przełożona pielęgniarek na oddziale medycyny paliatywnej w Szpitalu Specjalistycznym w Pile. - Wiara i modlitwa sprawiają, że pacjent ma więcej sił. Nigdy nie wiadomo, czy osoba, która jest w ciężkim stanie, nie przeżywa kolejnych dni właśnie dzięki modlitwie - mówi z przekonaniem pielęgniarka.

- Przebywa u nas ciężko chory chłopczyk, którego stan był już tak zły, że jego ciałem prawie cały czas miotały drgawki. Niedawno przyjął on jednak Pierwszą Komunię Świętą, a pod jego poduszką leżą dary z Watykanu. Cała rodzina gorąco modli się o zdrowie chłopca i proszę wierzyć, dokuczliwe drgawki ustają!

W długoletniej pracy Alicji Graczyk nie zdarzył się jednak przypadek, by choroba całkowicie ustąpiła. Mimo to pielęgniarka jest przekonana, że modlitwa czyni cuda, bo pomaga walczyć z chorobą i daje nadzieję, której chorzy tak potrzebują.


Dorota Bonzel, współpraca - Katarzyna Warszta; www.gazetakrakowska.pl

Cudowna nadzieja

- Sporo osób modli się do Jana Pawła II i mówi mi o tym wprost. Ludzie szukają pomocy wszędzie, szukają wstawiennictwa u Boga i wierzą, że papież nie pozostanie obojętny na ich modlitwy. Są wierni, którzy twierdzą, że to właśnie dzięki zmarłemu Ojcu Świętemu pewne sprawy potoczyły się w dobrym kierunku - tłumaczy ksiądz Stanisław Oracz, dziekan pilski. Dodaje jednak, że należy być ostrożnym w mówieniu o cudach. - To, co niektórzy biorą za cud, może być tylko subiektywnym odczuciem, dlatego trzeba być ostrożnym - wycisza emocje.


Specjalista w dziedzinie chirurgii onkologicznej dr Krzysztof Zając przyznaje, że cuda, a szczególnie te w medycynie, to trudny i drażliwy temat. - Zdarzają się jednak takie przypadki, które ciężko wytłumaczyć pod kątem medycznym. Sam spotkałem pacjenta, dla którego już nie było pomocy, a niespodziewanie wyzdrowiał i wrócił do domu - mówi.


- Nie wiem, czy było to działanie medycyny, czy coś więcej, jednak jestem skłonny uwierzyć w cud. Dlatego, gdy trafia do mnie pacjent w ciężkim stanie, nigdy nie mówię, że nie ma dla niego już szans, lecz daję nadzieję. Bo ona też może pomóc - dodaje.


Nawet jednak, jeśli nagłe ozdrowienia są tylko wynikiem wewnętrznej obrony organizmu, to jednak cud, dla wielu, pozostaje jedyną nadzieją. I trudno tę nadzieję odbierać, mówiąc o naturalnych przyczynach reemisji choroby. Medycyna zna cuda. I choć nie mamy pewności, czy niewyjaśnione ozdrowienie to sprawa ingerencji sił nadprzyrodzonych, czy pracy mózgu, który uruchomił dodatkowe siły do walki z chorobą, to jednak o cudach mówi się coraz chętniej.


łatwiej przyznają, że mieli do czynienia z przypadkiem, którego wytłumaczyć nie potrafią, a wierni coraz żarliwiej wierzą. - Już ta sama, rosnąca wiara - to prawdziwy cud - podsumowuje ks. Józef Słowik, kustosz sanktuarium w Skrzatuszu.


Dorota Bonzel, współpraca - Katarzyna Warszta; www.gazetakrakowska.pl

Wiktoria Szechyńska

Państwo Szechyńscy mają sześcioro dzieci. Ich córka Wiktoria urodziła się w Polsce w 1982 r. Zaraz po urodzeniu stwierdzono u niej złośliwego guza w piersi. W grudniu 1982 r. cała rodzina Szechyńskich emigrowała do Toronto. Guz rakowy u Wiktorii nieustannie się rozrastał. Leczenie okazało się nieskuteczne. Lekarze dawali Wiktorii maksymalnie trzy lata życia.


W czasie pobytu Ojca Świętego w Toronto w 1984 r. rodzice dziewczynki za wszelką cenę chcieli, aby Jan Paweł II dotknął ich nieuleczalnie chorą córkę i pomodlił się za nią. Pragnęli w ten sposób całkowicie oddać swoje dziecko Bogu. Niestety, osobiste spotkanie z Papieżem okazało się niemożliwe.


Nie zrezygnowali jednak i napisali do Watykanu z prośbą o prywatną audiencję dla Wiktorii. Ku ich wielkiej radość odpowiedź była pozytywna. Audiencja została ustalona na marzec 1985 r. Do Rzymu poleciała tylko mama z chorą córką. Danuta Szechyńska wspomina ze łzami w oczach moment, jak w Watykanie Jan Paweł II pojawił się i szedł w ich kierunku. Ojciec Święty wziął Wiktorię i ucałował ją. Powiedział do matki: "módl się i całkowicie ufaj Panu Bogu. Jeżeli Bóg zadecyduje, że Wiktoria ma pójść do Niego, to ją do siebie zabierze. Jeżeli Jego wolą jest, aby pozostała u Ciebie ... to tak się też stanie. Traktuj Wiktorię tak samo, jak inne twoje dzieci. Będzie tak, jak Pan Bóg pragnie, aby się stało".


Następnego dnia po audiencji mama z córką wróciły do Toronto. Po powrocie do Kanady Wiktoria tak źle się poczuła, że musiano natychmiast odwieźć ją do szpitala. Lekarze byli pewni, ze to są ostatnie chwile jej życia. Po kilku dniach leczenia stwierdzili, że będzie lepiej, by Wiktoria wróciła do domu i zmarła w otoczeniu najbliższej rodziny. Po powrocie do domu, ku zaskoczeniu wszystkich, Wiktoria poczuła się bardzo dobrze. Późniejsze badania stwierdziły całkowite zniknięcie dużego guza nowotworu.


Teraz Wiktoria ma 22 lata, a regularne badania lekarskie wykazują całkowite uzdrowienie. Studiuje prawo, jest osobą głęboko wierzącą, dużo czasu poświęca na codzienną modlitwę, kocha sport, a szczególnie pływanie, jazdę na nartach, grę w piłkę nożną, uwielbia chodzenie po górach i wspinaczkę wysokogórską. Każdego poranka jej pierwszą czynnością jest modlitwa, dziękczynienie Bogu, że dał jej kolejny dzień życia, kolejną szansę.


W sobotę 2 kwietnia po godzinie 15 czasu kanadyjskiego, poczuła wewnętrzny impuls, aby pójść do swego pokoju, w którym wisi jej fotografia z Ojcem Świętym, aby się modlić w intencji ciężko chorego papieża. "Klęknęłam i modliłam się, dopiero później przyszła do nas wiadomość, że właśnie w tym samym czasie umierał Jan Paweł II. Modliłam się i płakałam. Wypełnił swą misję na ziemi... nauczył nas, jak mamy żyć, cierpieć i umierać. Nauczyłam się, jak ważne jest życie, jak kruche jest ono na ziemi, że całkowicie jesteśmy w rękach kochającego Boga oraz jak wielkim skarbem jest wiara. To jest chyba najważniejsze, co papież Jan Paweł II przekazywał całemu światu w czasie swojego pontyfikatu".


Przesłał z Kanady ks. Jacek Nowak TChr żródło www.adonai.pl za ""Miłujcie się"" nr 3-2005

Lawina cudów


Rafał z Lubaczowa koło Przemyśla.

Pierwszego lipca 2004 roku Jan Paweł II przyjął na audiencji szesnastoletniego Rafała z Lubaczowa koło Przemyśla. Chłopiec miał raka węzłów chłonnych. Kilka miesięcy po audiencji wyzdrowiał. Tuż po pogrzebie Ojca Świętego historię Rafała opowiedział Polskiej Agencji Prasowej Piotr Piwowarczyk, prezes fundacji "Mam marzenie", która spełnia marzenia ciężko chorych dzieci. To właśnie jego Rafał poprosił o załatwienie prywatnej audiencji u Jana Pawła II.


"Wydawało się to prawie niemożliwe i to także wtedy, kiedy Rafał z rodzicami i rodzeństwem przyjechał już do Rzymu - mówił Piwowarczyk. - Mimo wcześniejszych obietnic, że audiencja dojdzie do skutku, nagle okazało się, że chłopiec nie ma żadnych szans na spotkanie z Ojcem Świętym. Nie pozwolono mu nawet na to, by dał Papieżowi list, napisany przez chore na raka dzieci z Krakowa. Kiedy zawiedziony i załamany pakował swoje rzeczy i jechał z rodziną na lotnisko, zadzwoniłem do arcybiskupa Dziwisza i poprosiłem go o pomoc; opowiedziałem mu też historię Rafała. Sekretarz Papieża powiedział, żeby chłopiec z rodziną przyjechał do Watykanu. Prywatna audiencja pierwszego lipca zeszłego roku trwała kilka minut, a Rafał nigdy nie zdradził, o czym rozmawiał z Papieżem". Szef fundacji nie podaje personaliów chłopca, mówi jednak, że choroba cofnęła się, a Rafał uważa, że zawdzięcza to Papieżowi.


Córka Tibora Uljackiego.

Czternastego września 2003 Jan Paweł II odprawił w Bratysławie mszę kończącą jego trzydniowy pobyt na Słowacji. Jedną z kilkunastu osób, która przyjęła komunię z jego rąk, była dwunastoletnia dziewczynka. Jej ojciec, Tibor Uljacki, powiedział Katolickiej Agencji Informacyjnej, że w poprzednim roku podczas audiencji u Papieża w Rzymie prosił go o modlitwę w intencji chorej na białaczkę córki. Po pewnym czasie dziecko wyzdrowiało. "Teraz Papież osobiście chciał ją poznać - wyznał młody mężczyzna. - Kiedy podzieliłem się tą radosną wiadomością z arcybiskupem Henrykiem Nowackim, nuncjuszem apostolskim na Słowacji, powiedział mi, że z całym przekonaniem możemy mówić o prawdziwym cudzie uzdrowienia".


W czerwcu 2002 roku pewien włoski chłopiec uczestniczył z rodzicami w prywatnej mszy odprawianej przez Papieża w jego kaplicy. Miał niesprawny układ odpornościowy, wcześniej leczono go w szpitalu na zapalenie nerek, jelit i oskrzeli. Jak relacjonuje tygodnik "Ozon", po mszy świętej Jan Paweł II krótko rozmawiał z chłopcem i pogładził go po policzku. Dziecko poczuło ciepło. Później okazało się, że chłopiec całkowicie wyzdrowiał. Ojcze Święty, dziękuję Ci, że otrzymałem sposobność poznania świętego - napisał, dziękując za uzdrowienie. Chłopiec dodał, że sam codziennie odmawia różaniec o zdrowie dla Jana Pawła II. Ten zaś odpisał: Podziękujmy Panu, Pan jest dobry!


John Paul Lieo

John Paul Lieo w chwili śmierci Jana Pawła II miał sześć lat. Zbieżność imion Papieża z Polski i małego Kanadyjczyka chińskiego pochodzenia nie jest przypadkowa. Rodzice Johna Paula mieszkają w Vancouver (zachodnia Kanada) i są katolikami. Przez wiele lat nie mogli mieć dziecka. Pani Lieo trzykrotnie poroniła. Wybrali się na pielgrzymkę do Rzymu. Podczas audiencji znaleźli się blisko Papieża. "Słyszałam, jak ludzie mówią mu o swoich problemach, a on z uśmiechem (tego uśmiechu nigdy nie zapomnę), każdemu coś odpowiadał i błogosławił - wspominała pani Lieo w telewizji kanadyjskiej. - Ja też po angielsku w kilku słowach powiedziałam o swoim problemie. Wtedy Papież odpowiedział mi, że będę mieć syna i zrobił znak krzyża nad moją głową. Kiedy jechaliśmy do Rzymu, nie wiedziałam, że znów jestem w ciąży. Tym razem ku naszej radości wszystko było w porządku i urodziłam syna, któremu daliśmy imiona Papieża".


Telegram z Angli

Osobisty sekretarz Jana Pawła II, arcybiskup Stanisław Dziwisz, powiedział polskiemu dziennikarzowi Krzysztofowi Tadejowi, że kiedyś do Watykanu przyszedł telegram od rodziców ciężko chorego chłopca z Wielkiej Brytanii. Jak informuje publikacja "Santo subito", Papież modlił się za chłopczyka w swojej kaplicy. Chłopiec wyzdrowiał dokładnie o godzinie, w której Jan Paweł II modlił się za niego.


Szwagierka Arturo Mari

Arturo Mari w książce "Do zobaczenia w raju" wspomina o siostrze swojej żony, która zachorowała na raka. Według lekarzy miała przed sobą najwyżej miesiąc życia. Żona Mariego poleciała do niej do Ekwadoru. Wcześniej poprosiła męża o jakiś przedmiot należący do Papieża. Otrzymała różaniec i chusteczkę. Mari polecił jej położyć chusteczkę na chorym miejscu i odmawiać różaniec. Choroba cofnęła się.


Córeczka Mulliganów

Lekarze małżonkom Bernhardowi i Mary Mulligan z Dublina (w Irlandii) po porodzie jasno powiedzieli, że ich dziecko nie będzie żyło. Wkrótce umrze, ponieważ ma uszkodzone nerki. Gdy 20 września 1979 Papież przybył do Dublina, załamani rodzie postanowili spróbować wszystkiego, aby uratować dziecko. Ustawili się w tłumie i widząc przechodzącego Papieża matka podała Ojcu Świętemu dziecko. On ją pogładził. Córka Mulliganów w krótkim czasie wyzdrowiała. Kilka tygodni później do Watykanu dotarł list w którym Mary Mulligan pisała, że dziecko żyje i ma sie dobrze.


W wywiadzie dla włoskiej telewizji Canale 5 sekretarz Ojca Świętego arcybiskup Stanisław Dziwisz oświadczył, że nie prowadził zapisków na temat tego typu wydarzeń. "Mogę tylko powiedzieć, że Ojciec Święty nie chciał o tym słyszeć, mówił, że 'cuda czyni Bóg, nie ja. Ja modlę się, to tajemnice, nie wracajmy już do tego tematu' ".


http://www.lodz.mm.pl/~polzibi/moja/cuda.htm

Ugo Festa

Włoch Ugo Festa chorował na stwardnienie rozsiane, prawie całe swoje życie spędził na wózku inwalidzkim. 28 kwietnia 1990 roku był w Rzymie, gdzie akurat przyjechała matka Teresa. Podczas spotkania podarowała mu medalik i obrazki z Jezusem. Następnego dnia Ugo był omówiony na audiencję z papieżem.

Jan Paweł II zapytał: Jak się czujesz? a gdy Festa rozpłakał się dodał: Jak możesz czuć się przegrany, skoro w dłoniach ściskasz miłosiernego Chrystusa? Zawierz Mu całego siebie i módl się do mojej siostry Faustyny, by wstawiła się w Twojej sprawie.

Kilka dni po tym spotkaniu miał wrażenie, że jego ciało przenika ciepło, słyszał jak Jezus mówił mu: Wstań i chodź!.

Ugo wstał a w zamian za uzdrowienie postanowił pomagać zgromadzeniu Matki Teresy z Kalkuty w Indiach i Afryce.



Giuseppe

Mieszkaniec Włoch chłopiec Giuseppe, to chłopiec u którego lekarze po urodzeniu stwierdzili defekt systemu odpornościowego. Do szpitala trafił z zapaleniem nerek, jelita i oskrzeli, które przeżył, ale choroba odcisnęła swoje piętno, dziecko już nie odzyskało dawnej sprawności.


Wczesnym latem 2002 roku wraz z rodzicami był na prywatnej mszy celebrowanej przez Papieża. Po niej spotkali się z Janem Pawłem II. Ojciec Święty pobłogosławił chłopca i pogłaskał po policzku. Po zakończeniu spotkania chłopiec był odmieniony. Lekarze orzekli, że nie ma śladu choroby, defekt immunologiczny ustąpił. Chłopiec na nowo zaczął żyć pełnią życia.


Heron Badilio

Pięcioletni Heron, syn Marii Badilio od kilku miesięcy przebywał w szpitalu z rozpoznaniem białaczki. Dziecko poddawano chemioterapii. Jego rodzice szukali dla pomocy w wielu szpitalach, bez rezultatu. Chłopiec w zasadzie nic nie jadł, przechodził kolejne sesje chemioterapii i gasł w oczach. Pani Badilio dowiedziała się, że Papież przyjeżdża do Meksyku. Będzie w Zacatecas, dwie godziny drogi od ich miejsca zamieszkania. Jej mąż, lewicowy polityk sceptyczny temu pomysłowi załatwił miejsce w pierwszym rzędzie na lotnisku.


12 maja 1990 samolot z Ojcem Świętym wylądował. Szczęśliwie udało jej się zająć miejsce w pierwszym rzędzie, a Ojciec Święty, choć miał pierwotnie przejść zupełnie inną drogą, zmienił trasę i podszedł, by pozdrowić wiernych. Mały Heron, trzymany przez matkę, ściskał w garści małego gołąbka którego miał wypuścić na cześć Jana Pawła II. Ojciec Święty podszedł do chłopca i uniósł rękę w geście, który miał zachęcić Herona do wypuszczenia ptaka. Później pocałował go jeszcze w pozbawioną włosów główkę po czym poszedł dalej.


Uzdrowienie nastąpiło niemal błyskawicznie. Kilka godzin później chłopiec oświadczył matce, że jest głodny. Było to dziwne, gdyż od dwóch tygodni Heron nie przyjmował żadnych normalnych posiłków.


Po kilku miesiącach po białaczce nie pozostał najmniejszy ślad. Chłopcu odrosły włosy i zaczął normalnie żyć. W 2004 roku rodzina Badillo, przyjechała do Rzymu, by podziękować papieżowi za tamto spotkanie. - Ja osobiście jestem zdania, że stał się tu cud - powiedział ksiądz Humberto Salinas, rzecznik diecezji Zacatecas, cytowany przez Pawła Zuchniewicza w książce "Cuda Jana Pawła II".


Matka Vangie

27 lutego 1981 roku Papież odwiedził Filipiny. W stolicy kraju Manili na ulicy siedząc w wózku inwalidzkim czekała na papieża 51-letnia zakonnica Vangie. Od 1967 roku była sparaliżowana na skutek nieszczęśliwego upadku. Ojciec Święty zatrzymał się i pomodlił sie nad zakonnica. Po chwili siostra podniosła się z wózka, wołając: Ja mogę chodzić.


Robert Kubica

To, że Robert Kubica wyszedł praktycznie bez szwanku z koszmarnego wypadku podczas Grand Prix Kanady, można nazywać cudem. Gazety i telewizja są pełne relacji z tego, co przydarzyło się Polakowi. Twierdzą, że uratował go Jan Paweł II, którego imię Kubica miał na kasku.

Włoski dziennik Corierre della Sera relacjonuje: O godzinie wpół do drugiej po południu Robert Kubica nie żył. Nikt po ludzku nie był w stanie pomyśleć o czymś innym, patrząc, jak jego BMW Sauber unosi się w powietrzu, by uderzyć o murek, obraca się i ląduje na koniec po przeciwnej stronie bariery toru.

Kilkanaście lat temu podobny wypadem miał Brazylijczyk Ayrtona Senna, który nie miał jednak tyle szczęścia co Robert.


Ognisko

Wieczorem 2 kwietnia 2007 na wzgórzu Matyska w Beskidach, płonie ognisko i rozpoczyna się modlitwa w drugą rocznicę śmierci Jana Pawła II. Młody mężczyzna robi zdjęcia, na jednym ze zdjęć płomienie ogniska ukazują wyraźną sylwetkę ojca Świętego.

Autorem zdjęcia jest Grzegorz Łukasik, który chciał wypróbować nowy aparat fotograficzny. Pan Grzegorz o zdjęciu rozmawiał z proboszczem miejscowej parafii. Następnie informacja dotarła do arcybiskupa Stanisława Dziwisza, a później do Rzymu.

Ksiądz Jarosław Cielecki, dyrektor Vatican News Service mówi: Wśród fotografii, które widziałem jest jedna, która z daleka kogoś przypomina i myślę, że jest to wyraźny obraz sługi bożego Jana Pawła II.


Piotruś

Kasia i Mirek postanowili zostać rodzicami. Mijały jednak miesiące a upragnione dziecko nie pojawiało się. Akurat był to okres, gdy z Watykanu nadchodziły wiadomości o ciężkim stanie zdrowia Ojca Świętego a potem o jego śmierci. Kilka dni potem, Kasia poczuła, że powinni znowu spróbować począć dziecko. Kobieta żarliwie modliłam się do Boga, aby Jan Paweł II wstawił się za nimi. Stało się, Kasia zaszła w ciążę. Ich synek Piotruś urodził się 9 grudnia 2005 roku.

Wiem, bo czuję to gdzieś głęboko w sercu, że dzięki opiece i wysłuchaniu mojej modlitwy Jan Paweł II pomógł nam zostać szczęśliwymi rodzicami - pisze Kasia.
www.jp2.110mb.com


Maria ze Stobna

On leczy ciało i duszę. Wiele świadectw wysłały do Rzymu pary, które po długim oczekiwaniu - za wstawiennictwem papieża - doczekały się potomstwa.

Maria ze Stobna wyszła za mąż w 1978 roku. Przez sześć lat nie mogła zajść w ciążę. Kiedy kobieta w 1984 roku jechała z mężem do Rzymu, matka kazała jej podczas audiencji powiedzieć o tym kłopocie papieżowi.W Castel Gandolfo Jan Paweł II podszedł do niej na tyle blisko, że krótka rozmowa stała się możliwa. Ale w tłumie pielgrzymów Maria nie zdecydowała się wyjaśniać Ojcu św., że bezskutecznie czeka na dziecko. Poprosiła tylko o błogosławieństwo. Papież dotknął delikatnie jej policzka i powiedział: Pan Bóg wam wszystkim błogosławi. Rok później Maria dowiedziała się, że jest przy nadziei. Nie ma wątpliwości, że papież pomógł jej swoją modlitwą. Tym bardziej, że córka urodziła się 18 maja 1986 roku - w dniu urodzin papieża, a kolejne dziecko 4 listopada 1990, w dniu jego imienin.


Benedetta z Włoch

Benedetta z Włoch jest przekonana, że dzięki papieżowi nawróciła się na chrześcijaństwo. I to właśnie uważa za cud. Pewnie ma powody, bo przez 30 lat swego życia, aż do śmierci Jana Pawła II, była ateistką. Nie ukrywa, że ignorowała Boga, Kościół i papieża. Kiedy papież ciężko zachorował, zobaczyła w telewizji plac św. Piotra wypełniony młodymi ludźmi modlącymi się o jego zdrowie, zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie stoi po niewłaściwej stronie. Na wieść, że Jan Paweł II umarł, ku swojemu zaskoczeniu, rozpłakała się. Po raz pierwszy w życiu nie miała wątpliwości: Bóg istnieje. - I to właśnie jemu, Karolowi, udało się mnie o tym przekonać - przyznaje Benedetta. - W dodatku właśnie wtedy, gdy nie potrafił już mówić. Tyle razy ignorowałam jego nauki, a na koniec ten stary uparciuch zaprowadził mnie jednak do Boga. Podczas jego pogrzebu oddałam mu się w opiekę, aby pomógł mi stawać się dobrą chrześcijanką. Mam nadzieję, że szybko zostanie świętym.


Ksiądz Sławomir Oder, postulator procesu beatyfikacyjnego Karola Wojtyły, wspomina, że za życia papieża klęcznik w jego prywatnej kaplicy był zaopatrzony w szufladę. Jego sekretarze wkładali do niej nadsyłane z całego świata prośby o modlitwę. Po śmierci taką papieską szufladą stał się jego grób. Wielu odwiedzających go zostawia przy nim kartki z prośbami o wstawiennictwo. Sądząc z liczby podziękowań i informacji, jakie docierają do prowadzących proces, te wołania o pomoc nie zostają bez odpowiedzi. Przy pisaniu tego tekstu autor korzystał z dokumentów archiwum procesu beatyfikacyjnego opublikowanych w książkach: "Cuda" (2008), "Nowe cuda" (2009) oraz "Wielka księga cudów Jana Pawła" (2010). Wszystkie te tomy opublikowało krakowskie Wydawnictwo św. Stanisława Biskupa i Męczennika.


www.współczesna.pl

Trudny wybór

Spośród tysięcy świadectw wybrano około 240, najmocniej świadczących o potencjalnym cudzie. Z nich wybrano jeden cud potrzebny do beatyfikacji. Dlaczego postulator sprawy, ks. Sławomir Oder ostatecznie zdecydował się na zbadanie uleczenia francuskiej zakonnicy? Pod uwagę brano kilka kryteriów.

- Po pierwsze, cud musi mieć miejsce po śmierci kandydata na ołtarze - tłumaczy Paweł Zuchniewicz.

- Po drugie, uzdrowienie musi mieć charakter nieodwracalny. Dlatego raczej nie bada się raczej uzdrowień z raka, ponieważ czasem następuje powrót choroby.

- Wreszcie po trzecie, dobrze udokumentowany musi być fakt, że cud miał związek z modlitwami do konkretnego kandydata na ołtarze, a nie innych świętych i błogosławionych.

W przypadku francuskiej zakonnicy te warunki zostały spełnione - wyjaśnia.

Zdaniem rzecznika krakowskiej kurii ks. Roberta Nęcka, w grę mogły wchodzić też inne czynniki.

- Nie jest wykluczone, że postulator postanowił zbadać cud z kraju, gdzie słabnie wiara, by pobudzić religijność - dowodzi.

Nie ukrywa on, że o niezwykłych zdarzeniach dziejących się za sprawą Jana Pawła II mówiło się już za jego pontyfikatu. Do Polski takie informacje przywoził sekretarz papieża, a obecnie kardynał krakowski Stanisław Dziwisz.

- Mówiło się na przykład o przypadku wypędzenia przez Ojca Świętego złych duchów z pewnej kobiety we Włoszech. Sporo przypadków uzdrowień miało też miejsce podczas pielgrzymek Ojca Świętego do krajów Ameryki Łacińskiej. Często powtarzał się scenariusz, że ciężka choroba ustąpiła po spotkaniu z papieżem, albo po dotknięciu jego sutanny - dodaje.

Ks. Nęcek podkreśla jednak, że należy dokonać rozróżnienia między cudami i łaskami. - Te pierwsze to zdarzenia niewytłumaczalne z punktu widzenia nauki. Drugie to natomiast pomoc Ojca Świętego w trudnych życiowych sprawach - wyjaśnia.

Watykan za życia Jana Pawła II trzymał w tajemnicy te świadectwa. - Mimo wszystko dało się o nich przeczytać w niektórych książkach - mówi Grzegorz Polak. - Prawdziwa lawina publikacji ruszyła po śmierci papieża. Książki z opisami setek łask i cudów wydały nawet osoby bezpośrednio zaangażowane w proces beatyfikacyjny - dodaje.


częstochowa.naszemiasto.pl

Wystarczy tylko jeden cud

Wszechświat, w którym człowiek żyje, nie zamyka się w obrębie tego tylko porządku, dostępnego zmysłom i samemu rozumowi uwarunkowanemu poznaniem zmysłowym. Cud jest "znakiem", iż porządek ten zostaje przewyższony "Mocą z wysokości", a więc, że jest tej Mocy również poddany. Owa "Moc z wysokości" (Łk 24,49 ), to znaczy sam Bóg, jest ponad całym porządkiem natury. Kieruje nim, a równocześnie daje poznać, że poprzez ten porządek i ponad nim przeznaczeniem człowieka jest królestwo Boże.


Chociaż kodeks prawa kanonicznego mówi, że do procesu beatyfikacyjnego jest potrzebny tylko jeden cud, to jednak szkoda by było, gdyby inne uzdrowienia poszły w zapomnienie. Te uzdrowienia wskazują na to, że ludzie prosząc o wsparcie Jana Pawła II nie pozostają z pustymi rękami. Dlatego też podczas procesu zostaną zbadane również inne przypadki domniemanych cudów.


Dla większości wiernych, świętość Jana Pawła II jest niepodważalna, dlatego, tuż po jego śmierci miliony ludzi na całym świecie zaczęło się modlić o jego wstawiennictwo.


Tego typu historii jest mnóstwo. Świadectwa cudownych uzdrowień dokonanych za życia lub po śmierci Papieża - Polaka ciągle napływają do Trybunału Beatyfikacyjnego Jana Pawła II. Liczba takich świadectw dochodzi już do tysiąca. - Wszystkie mają znaczenie. Są ważnym świadectwem. Badamy bowiem, czy występuje opinia o świętości sługi Bożego. Jan Paweł II cieszył się opinią świętości już za życia, dlatego świadectwa o tego rodzaju zdarzeniach są bardzo cenne i ważne - mówi ks. prał. Sławomir Oder, postulator procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II.


Dodaje, że bardzo dużo świadectw pochodzi z Polski, ale zdecydowanie najwięcej jest z Ameryki Południowej. - Dzięki temu widzimy jak ten kontynent bardzo przeżywa związek z Janem Pawłem II. Ojciec Święty był i jest tam bardzo kochany i uważany za prawdziwego ojca. Są to niezwykle wzruszające świadectwa uzdrowień duchowych, wyzwolenia z nałogów, uleczenia z ran moralnych, pojednania w rodzinach. Wiele również jest spraw związanych z sytuacją życiową. Ktoś prosił np. o łaskę znalezienia pracy czy uzyskania mieszkania - opowiada ks. Oder.


Jednak Trybunał nie zamierza badać każdego z przychodzących świadectw uzdrowień. Nie ma to sensu, gdyż w procesie o beatyfikację wystarczy jeden cud. W przypadku Jana Pawła II taki cud został już wybrany: dotyczy francuskiej zakonnicy, pracującej w szpitalu na oddziale noworodków, która cierpiała na chorobę Parkinsona. Jej nieuleczalna choroba była już dobrze widoczna w ostatnich tygodniach życia Jana Pawła II. Dzięki Jego wstawiennictwu zakonnica całkowicie powróciła do zdrowia.


Świadectwa o cudach Jana Pawła II, których jesteśmy świadkami, trzeba przyjmować w odpowiedni sposób. Tak naprawdę są to cuda, które czyni Bóg, za wstawiennictwem Jana Pawła II. Ale dlaczego Bóg w sposób cudowny jednych uzdrawia, a innych nie, tego nie wiadomo. To Boża tajemnica. Mówił o tym zresztą kiedyś sam Jana Paweł II: "Cuda czyni Bóg, nie ja. Ja modlę się. To tajemnice, nie wracajmy już do tego tematu."


Tekst powstał m.in. w oparciu o materiały zgromadzone w książce Pawła Zuchniewicza "Cuda Jana Pawła II".
http://www.naszglos.civitaschristiana.pl

Największa trudność

Celem procesu diecezjalnego w sprawie cudu (po łacinie: super miro) jest zebranie zeznań świadków oraz dokumentacji lekarskiej. Następnie już w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie materiały te są przedmiotem badań trzech komisji - medycznej, teologicznej oraz kardynałów, i przez wszystkie muszą zostać zaaprobowane, a przypadek natychmiastowego i pełnego wyzdrowienia musi być uznany przez nie za cud.

Ksiądz Hieronim Fokciński z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych powiedział PAP, że trudno przewidzieć, jak długo może potrwać dochodzenie kanoniczne w sprawie konkretnego cudu.

"Przy pewnych chorobach - dodał - lekarze chcą się wypowiadać dopiero po dłuższym czasie od uzdrowienia, bo schorzenie może powrócić po kilku latach. Zatem albo się czeka, albo szuka się innego przypadku, który będzie łatwiej udowodnić".

Jak zauważył ksiądz Fokciński, w przypadku Jana Pawła II, podobnie jak wcześniej w procesie kanonicznym ojca Pio, największa trudność polegała na wyborze cudu spośród wszystkich sygnałów, jakie napłynęły ze świata.


W Grotach Watykańskich

Przed śmiercią Jana Pawła II do Grot Watykańskich schodziło dziennie najwyżej kilkaset osób. Teraz, jak informuje wikariusz papieski abp Angelo Comastri, codziennie przewija się tu 20 - 25 tysięcy ludzi. To żelazny punkt programu wycieczek i pielgrzymek, nie tylko z Polski. Niektórzy przychodzą oddać hołd polskiemu papieżowi, pomodlić się albo tylko zrobić zdjęcie. Inni liczą na szczególne łaski. Rodzi się przekonanie, że przy papieskim grobie można wyjednać sobie jeśli nie cud, to przynajmniej uśmiech losu.


Strażnik zatrzymuje młodego Brytyjczyka w podkoszulku i jego dziewczynę w kusej spódniczce. Ktoś pożycza Brytyjczykowi sweter, a dziewczyna okręca się pareo, które zakrywa jej nogi niemal do kostek. Potem po pokonaniu labiryntu barierek trzeba położyć na taśmie maszyny prześwietlającej torbę, kurtkę czy marynarkę, a samemu przejść przez detektor metali. Inaczej niż na lotnisku, sprzączka paska, zegarek, ciężka zapalniczka Zippo i kilka monet nie wywołują reakcji detektora.


Po dziesięciu minutach mijamy Spiżową Bramę i już wkrótce jesteśmy przy schodach prowadzących do bazyliki. Kolejka dzieli się na trzy. Okazuje się, że większość turystów zmierza do bazyliki, drugi sznur formują ci, którzy chcą wdrapać się na kopułę, chętnych do zwiedzenia Grot Watykańskich jest najmniej. Na pustym dziedzińcu przed wejściem do Grot ktoś po polsku wrzeszczy do telefonu komórkowego: - Stójcie cierpliwie! Ten cały tłum wali do bazyliki, do grobu papieża prawie nie ma kolejki.



Obowiązkowe zdjęcie

Kolejka tworzy się wprawdzie wewnątrz, ale cały czas się przesuwa. Jest sporo Polaków. Najwięcej emocji i niepokoju budzi wśród nich to, czy przy grobie będzie można zrobić zdjęcie. Na wszelki wypadek przygotowane do strzału aparaty fotograficzne stojących przede mną polskich zakonnic nikną w fałdach habitów. Mijamy groby Pawła VI, Benedykta XV, ale prawie nikt się przy nich nie zatrzymuje, nie opuszcza kolejki. Niemal wszyscy przyszli do polskiego papieża. Jasno oświetloną, prostą płytę z napisem Joannes Paulus PP. II od tłumu we wnęce oddzielają słupki połączone szkarłatnym sznurem.


Choć niby jest to zabronione, ktoś położył bukiet skromnych białych kwiatów, nieodwiniętych nawet z papieru. Pod bukietem widać kilka złożonych, zapisanych karteczek. Pewnie są tam modlitwy, prośby do Jana Pawła II o wstawiennictwo u Boga o uzdrowienie. Te karteczki wylądują potem na biurku postulatora procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, księdza Sławomira Odera.


Nie ma już wiklinowych koszyczków, do których w zeszłym roku pielgrzymi wrzucali pieniądze. Strażnicy popędzają kolejkę, ale każdemu pozwalają na zrobienie jednego zdjęcia. Jedna z zakonnic przede mną kadruje, mierzy, a druga za nią nagle klęka, żegna się i rzuca na grób papieża garść różańców. Strażnik patrzy na nią z wyrzutem, ale pozwala jej wczołgać się pod sznurem i zebrać różańce, w ten sposób niejako pobłogosławione przez Jana Pawła II.


Obok posuwającej się kolejki, naprzeciw grobu, oddalone o jakieś trzy metry jest specjalnie wydzielone barierkami miejsce dla tych, którzy chcą się na chwilę zatrzymać, pogrążyć w zadumie i pomodlić. Dołączam do kilkunastu stających tam osób. Z głośnika ktoś cichym głosem w kilku językach wyjaśnia, że to święte miejsce i trzeba zachować ciszę. Jest bardzo cicho, słychać tylko szczęk aparatów, szuranie butów i szept modlitwy.


Bez religijnej histerii

Wszyscy zastygają w bezruchu, tylko stojąca obok mnie młoda dziewczyna co chwila bierze lekki zamach, ale zatrzymuje rękę - najwyraźniej przeszkadza jej tłok przy grobie. Wreszcie ktoś, walcząc z aparatem fotograficznym, zatrzymuje na chwilę kolejkę, robi się trochę miejsca i dziewczyna rzuca coś na płytę nagrobną. Słychać metaliczny brzęk, przez chwilę panuje konsternacja, ale okazuje się, że to też tylko różaniec. Dziewczyna podchodzi do strażnika i prosi po angielsku, żeby jej go podał. Za chwilę uśmiechnięta wraca na miejsce obok mnie i zaczyna się modlić. Kiedy kończy, pytam dlaczego rzuciła różańcem. Wyjaśnia, że specjalnie po to przyleciała tu z Dakoty Południowej, a różaniec należy do jej bardzo ciężko chorej mamy. Ma nadzieję, że uleczy ją różaniec i modlitwy do Jana Pawła II. - Gdy tylko usłyszałam o francuskiej zakonnicy, którą Jan Paweł II wyleczył z parkinsona, zaraz wsiadłam do samolotu.


Bierze za rękę swojego amerykańskiego chłopaka i oboje z radością i wyraźną ulgą wychodzą. Tymczasem czarny jak heban młodziutki ksiądz z Rwandy wręcza mi aparat cyfrowy i prosi o zrobienie zdjęcia. Usiłuje ustawić się przed grobem, ale to hamuje kolejkę i powoduje zamieszanie. Strażnik wyrzuca go za barierkę. Scenka powtarza się kilka razy. Ale w pewnym momencie kolejka rzednie. Strażnik woła czarnoskórego księdza, ustawia, a ja pstrykam fotkę.


Chwilę później, kiedy przed grobem znów jest tłum, pojawia się dystyngowany pan w eleganckiej liberii, chyba szef strażników. Prowadzi ze sobą franciszkanina w habicie, władczym ruchem zatrzymuje kolejkę, odpina sznur od stojaka, a potężny, brodaty zakonnik rzuca się na kolana na płytę nagrobną. Modli się przez minutę, a kolejka stoi i się burzy. Dwoje Niemców - tuż obok mnie - patrzy z dezaprobatą na niedemokratyczny wyjątek, a pan tłumaczy pani: - Wir sind aber in Italien (Przecież jesteśmy we Włoszech - p.k.).


Za chwilę mężczyzna z kolejki o smagłej twarzy błyskawicznym ruchem rzuca na marmurową płytę garść różańców i innych przedmiotów, których z daleka rozpoznać nie sposób. Sekundę potem, zanim strażnik zdąży zareagować, prześlizguje się pod szkarłatnym sznurem, wszystko starannie zbiera, przepraszając po hiszpańsku przyklęka, żegna się i znika. Ale nie ma w tym oznak religijnej histerii. Panuje powaga i spokój.


Wysłuchane modlitwy

Bo Jan Paweł II pomaga i wstawia się u Pana Boga. Tak w każdym razie opowiada mi z wielkim przekonaniem spotkana na czwartkowej mszy przyjaciółka domu pani Halina Jedynak. Mieszka i ciężko pracuje w Rzymie od 17 lat. Jest osobą głęboko wierzącą. Z gatunku tych do rany przyłóż. Z polskim papieżem łączyła ją szczególna więź. Jej dwóch synów służyło mu często do mszy. Jan Paweł II przyjął ją wraz z rodziną na prywatnych audiencjach aż dziewięć razy. Jeden z synów rozpoczął studia w Rzymie na Uniwersytecie Regina Apostolorum Legionistów Chrystusa, a potem wyjechał do Wisconsin.


Umarł Jan Paweł II. Pani Jedynakowa bardzo tęskniła za synem, ale jak zarobić na podróż, dostać wizę i nie zginąć w Ameryce bez znajomości angielskiego? Trzeba to wyprosić u papieskiego grobu. Co niedziela przed godz. 14 pojawiała się w Grotach z czerwoną różą. Początkowo strażnicy nie pozwalali kłaść róży na płycie nagrobnej, ale potem sami ją kładli. Po pewnym czasie pani Halina dostała niespodziewanie nową, dodatkową pracę, zarobiła 900 euro, a właśnie tyle kosztował bilet. Dostała wizę, a podczas audiencji generalnej Benedykta XVI poznała rodaczkę z Chicago. Stały obok siebie w tłumie przy barierce i kiedy wzdłuż szpaleru przechodził papież, razem wrzasnęły: - Niech żyje papież! A papież podszedł, podał rękę i pobłogosławił.

Okazało się, że rodaczką z Chicago jest znana działaczka polonijna Irena Jaworska. Zawiązała się między nimi przyjaźń i kilka tygodni później pani Jaworska odebrała panią Halinę z lotniska w Chicago, ugościła po królewsku i zawiozła do syna. Pani! Halina nadal co niedzielę kładzie czerwoną różę na grobie Jana Pawła II. Teraz już nie po prośbie, a z wdzięczności.


Jeszcze większa łaska spadła na koleżankę pani Haliny, Bożenę Zdanowicz. Przyjechała do Włoch do pracy. Jest pielęgniarką. Straciła posadę i życie zaczęło się jej walić. Chciała się rzucić z rozpaczy pod pociąg, ale zwyciężył strach i rozsądek. Gdy pani Halina to usłyszała, zaraz jej powiedziała: - Idź do grobu. I pani Bożena ruszyła z Ladispoli do Grot Watykańskich. Po mszy uklękła przy papieskim grobie i nie prosiła, ale płakała o pracę.

Potem pojechała do Caritasu, ale był tam potworny tłok. Załamana zmierzała do wyjścia, kiedy nagle otworzyły się drzwi i urzędniczka wywołała nazwisko: Zdanowicz. Pani Bożena weszła do środka, ale okazało się, że chodziło o Jolantę Zdanowicz. Jolanty z jakichś powodów nie było. Może znalazła już zajęcie. I tak pani Bożena dostała pracę, którą ma do dziś. Teraz często przyjeżdża z Ladispoli do Grot podziękować papieżowi.


Miejsce spotkań Polaków

Pani Halina i pani Bożena bez żadnych oporów zgodziły się na podanie ich prawdziwych nazwisk ("Niech się ludzie dowiedzą. Przecież to powód do dumy, a nie wstydu"). Takich opowieści można w Rzymie usłyszeć coraz więcej.


2 i 3 kwietnia, w związku z rocznicą śmierci Jana Pawła II, jego grób będzie szczególnie oblegany. Przybędą tysiące Polaków. Będzie kardynał Stanisław Dziwisz i delegacja episkopatu. Delegację przyśle też rząd. Opiekujący się pielgrzymami dominikanin Stanisław Tasiemski spodziewa się od 8 do 10 tysięcy Polaków, wybierających się do Rzymu w grupach, w tym 1500-osobowej pielgrzymki "Solidarności". Do tego trzeba dodać osoby, które przyjadą indywidualnie. Mieszkający w Rzymie Polacy nękani są telefonami od rodzin i znajomych z prośbą o załatwienie taniego hotelu, schroniska, miejsca w domu pielgrzyma albo - najchętniej - o przenocowanie ich we własnym domu.


Dotychczas było w miarę spokojnie. W każdy czwartek i drugi dzień każdego miesiąca przy grobie polskiego papieża po 7 rano odprawiana jest polska msza. Do 2000 roku był tam pogrzebany Jan XXIII. Po beatyfikacji przeniesiono jego szczątki wyżej, do bazyliki. W ten sposób polski papież - wynosząc jednego ze swych największych poprzedników na ołtarze - nieświadomie zrobił sobie miejsce na grób. Teraz Polacy modlą się tam o jego beatyfikację.


Kapliczka pod niskimi sklepieniami naprzeciw wejścia do grobu św. Piotra, a na lewo od grobu Jana Pawła II jest malutka. Ławki mogą pomieścić zaledwie 55 osób. Gdy zgromadzi się tam 200 osób, jest tłok, a 250 - to już potworny ścisk. Zazwyczaj nie ma jednak tłoku, choć większość wiernych musi słuchać mszy na stojąco. Niemal zawsze msza i kazanie są po polsku, choć niedawno sprawował ją po włosku ceremoniarz papieski arcybiskup Piero Marini. - Miał taką potrzebę - wyjaśnił organizujący te msze prałat Konrad Krajewski.


Przychodzą na nie głównie pracujący w Rzymie i Watykanie polscy księża i zakonnice. Często do księży jako koncelebranci dołączają duchowni przybyli z Polski. Drugiego lutego widziałem ojca Tadeusza Rydzyka. Czasem msze mają szczególnie uroczysty charakter, jak choćby wówczas, gdy w Grotach pojawiali się polscy biskupi przybyli z wizytą ad limina, w Dzień Zaduszny, czy 2 lutego, gdy modlono się również za ofiary tragedii na Śląsku.


Na polskich mszach pojawia się pani ambasador Hanna Suchocka, studiujący tu polscy klerycy i choć nieliczni, to łatwo rozpoznawalni po plecakach, czapkach bejsbolowych i sportowych butach pielgrzymi z Polski. Są też oczywiście mieszkający w Rzymie Polacy. Jednak na udział w porannej mszy 2 kwietnia planujący przyjazd do Rzymu rodacy nie mogą liczyć. Ze względu na niewielkie rozmiary tego miejsca, ogromne zainteresowanie mediów, udział hierarchów i dyplomatów, msza będzie zamknięta. Na grób Jana Pawła II trzeba się będzie wybrać później albo nazajutrz.


http://www.lodz.mm.pl/~polzibi/moja/cuda.htm

 
Wyszukiwarka

Czas ucieka






wieczność czeka

wschód słońca 05:08 UT,
zachód słońca 15:32 UT
okr. zimowy +1h; okr. letni +2h
Dziś jest: 293 dzień i 43 tydzień r.
do końca roku pozostało 72 dni
Imieniny obchodzą:
Ireny, Kleopatry, Jana
Twoje IP: 54.158.212.93
jesteś gościem wyświetlono razy obecnie jest gości
© by Marian Kurtycz
Ostatnia aktualizacja strony
28.05.2017
Witryna powstała 1 maja 2011 r. w dniu beatyfikacji Papieża Jana Pawła II