Świadkowie świętości


Góralu, czy ci nie żal...


Ten umysł głębokiego formatu intelektualnego człowieka katedry uniwersyteckiej, wśród sterty ksiąg i łatwo powstających rękopisów, licznych artykułów i rozpraw, nie zagubił pogody towarzyskiej, człowieka śmiejącego się z roześmianymi, gotowego do włączenia się w młodzieńcze zapasy siatkówki, sportowe wędrówki górskie po lasach i polach.

Nie jestem w stanie mówić teraz o historii życia człowieka tak mi bliskiego i związanego wspólną pracą wielu lat, w której wytwarzała się przyjaźń i miłość sprawy Kościoła i Polski. Ale to, co interesuje świat w nowym Papieżu, który przyszedł do Rzymu z krainy Polaków - to żywa jego wiara i duch modlitwy.

Od chwili gdy przed dwudziestu laty poznałem księdza Wojtyłę, gdy zwiastowałem mu wolę Ojca Świętego, który powołał go do godności biskupa pomocnego sławetnej archidiecezji krakowskiej św. Stanisława Biskupa Męczennika, dostrzegłem w jego uśmiechniętej twarzy inny format duchowy: to jest człowiek, dla którego modlitwa jest żywiołem czerpanym na kolanach pełną dłonią z dziecięcej wiary.

Z tej bogatej osobowości filozofa-moralisty promieniowała modlitwa w każdej chwili życia, zarówno wtedy gdy obchodził swoją codzienną drogę krzyżową, jak i wtedy gdy sprawował Najświętszą Ofiarę, gdy uważnie przyglądał się dzieciom Bożym, gdy umiał z nimi gawędzić, śpiewać czy snuć zawiłe rozważania.

Ten umysł głębokiego formatu intelektualnego człowieka katedry uniwersyteckiej, wśród sterty ksiąg i łatwo powstających rękopisów, licznych artykułów i rozpraw, nie zagubił pogody towarzyskiej, człowieka śmiejącego się z roześmianymi, gotowego do włączenia się w młodzieńcze zapasy siatkówki, sportowe wędrówki górskie po lasach i polach.

Głęboka miłość swobody wędrowniczej, rodzimych lasów i pól, człowieka rozkochanego w królewskim Krakowie - aż łzy wyciska na myśl o "utraconym raju", tak iż na usta ciśnie się nie do opanowania pytanie: Góralu, czy ci nie żal odchodzić od stron ojczystych? A nasz Góral z Wadowic, gdy z Watykanu myślą na lasy spoziera, gdy łzy rękawem ociera, na pewno sobie odpowie: dla Boga, Panie, dla Boga, dla Kościoła, dla jego spraw i wielkich zadań, które piętrzą się przed ludzkością.

Na pewno niemałej ofiary i wyrzeczenia trzeba było, by odejść od umiłowanej Ojczyzny, której radością jest św. Stanisław Biskup, od wawelskich wieżyc, od królewskich grobowców, od umiłowanej królowej Jadwigi, od roześmianych oczu dzieci i młodzieży akademickiej, której oddawał serce, myśli, czas, życie swoje i ten ujmujący uśmiech, którym porywał i wiązał z Chrystusem i Jego Matką. Niech każde serce, gdy widzi wielkość tej ofiary, uczy się poświęcać dla Boga i Kościoła wszystko, co tak drogie i bliskie. Bo czas z tej własnej drogi krzyżowej zejść na dziejowy szlak wydeptany w ciągu wieków przez miliony idących za Chrystusowym Krzyżem - do Ojczyzny Niebieskiej.

Ojczysty "raj utracony" stanie się od dziś dla Ciebie wędrówką narodów za Chrystusem, którego zostałeś Namiestnikiem na ziemi. Całuję Twoją przyjazną twarz, Przyjacielu prac i walk o Kościół Chrystusowy w Polsce, i z uległością składam na Twoich stopach, gotowych na bieżenie dróg wielu, pocałunek Biskupa i Prymasa Polski. Niechaj Ci będzie radością i pokojem Święta Boża Wędrowniczka - Pani Jasnogórska i Królowa Polski.

Gaude Mater Polonia! Oddałaś, wychowanego wśród walk i cierpień narodu, swojego najlepszego Syna - Kościołowi i jego Matce.

Z wypowiedzi Prymasa Polski Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Radiu Watykańskim 17 października 1978 r.

Wykorzystywać życie jak Karol Wojtyła


Z kard. Józefem Glempem, prymasem seniorem, o życiu Jana Pawła II i jego służbie Kościołowi Chrystusowemu rozmawia ks. inf. Ireneusz Skubiś. Niedziela 28 kwietnia 2011

- Należy Ksiądz Kardynał do tych szczęśliwych ludzi, którzy od lat patrzyli na życie i pracę biskupa, arcybiskupa i kardynała Karola Wojtyły, a później na pontyfikat Ojca Świętego Jana Pawła II. Jak, w oczach Księdza Prymasa, kształtował się obraz świętości życia Karola Wojtyły?
- Tak, miałem to szczęście, że spotykałem przyszłego Papieża dosyć często, np. w parafiach podczas wizytacji, w górach, we wspólnych podróżach samochodem lub helikopterem. Oczywiście, moja znajomość z nim nie równa się znajomości, jaką mogą się poszczycić księża krakowscy czy późniejsi kardynałowie: Franciszek Macharski lub Stanisław Dziwisz, niemniej jako sekretarz prymasa Wyszyńskiego, potem jako biskup na Warmii i prymas Polski miałem możność śledzić życie Karola Wojtyły - Jana Pawła II. Nie dane mi było tylko słuchać jego wykładów na KUL-u. Z polecenia kard. Wyszyńskiego jeździłem czasem do Krakowa, gdzie mogłem go obserwować także podczas wizytacji parafialnych i przy pracy z księżmi biskupami na rzecz Kościoła w Polsce - myślę tu o konferencjach Episkopatu Polski, o pracy nad listami pasterskimi itp. Miejscem takiej pracy był Sekretariat Episkopatu, jak i Sekretariat Prymasa Polski.
Nie myślałem wtedy jeszcze o jego świętości, ale dostrzegałem, że jest to człowiek ogromnie skupiony, dobry, że potrafi być pogodny i dla każdego ma uśmiech, a jednocześnie jest na bieżąco z problemami życia w ówczesnej Polsce. To była znakomita osobowość, bardzo oddana Kościołowi, którą się w nim wyczuwało.
Kształtowanie się świętości u Karola Wojtyły to wielki temat, a także tajemnica. Widziałem, jak odprawia Mszę św., jak zatopiony jest w Eucharystii. Widziałem go rozmodlonego... Kiedyś, podczas pewnej wspólnej podróży samochodem z Krakowa do Warszawy, widziałem, że cierpi na ból głowy. Odrzucił jednak propozycję podania pigułki...
Wiedziałem, że duszpasterstwo jako troska o zbawienie ludzi jest w nim ciągle obecne. Nie szczędził czasu na wizytacje i na spotkania z ludźmi, a jednocześnie potrafił się zagłębiać w ogromne przestrzenie filozoficzne lub teologiczne. Myślę, że niektóre tematy dojrzewały w nim w czasie rozmów, przejazdów i modlitw.

- Opowiadał śp. bp Stefan Bareła, że kiedy abp August Hlond, który pochodził ze Śląska, został kardynałem, jego brat wykrzyknął: "Gustlik, aleś sztajgnął!" (ależ awansowałeś!). Czy "sztajgnięcie" kard. Wojtyły aż na ołtarze nie zaskakuje Eminencji?
- Gdy dzisiaj analizuję życie kard. Wojtyły, potem papieża Jana Pawła II, przyznam, że mnie to nie zaskakuje. To "sztajgnięcie" było w jego przypadku naturalne, rozwijało się bardzo regularnie. Obdarzony był przez Pana Boga niepospolitymi zdolnościami intelektualnymi i szły za tym wielkie dary łaski, które potrafił wykorzystać. Jego pracowitość, wykorzystanie każdej chwili jeżeli nie na pracę twórczą, to na modlitwę, z której czerpał niesłychaną energię! Można to było obserwować także w jego wypowiedziach, licznych pismach i odezwach. U kard. Wojtyły był ciągły wzrost, to była praca i współpraca z darami, które otrzymał od Pana Boga i konsekwentnie rozwijał. Ta świętość mogła rzeczywiście służyć jako wzór do naśladowania, jako zachęta do współpracy z łaską Bożą.

- Jak w oczach Księdza Prymasa wyglądały relacje kard. Wojtyły z biskupami, profesorami, z księżmi?
- Na tle kard. Wyszyńskiego i Episkopatu Polski kard. Wojtyła był zawsze człowiekiem wyciszonym, skupionym, niewybijającym się. Przywódcą był kard. Wyszyński, kard. Wojtyła był jakby w cieniu. Skądinąd wiedzieliśmy, że to jest potężny intelekt, że on zwłaszcza na Soborze Watykańskim II odgrywał ogromną rolę i że jego wkład w myśl i dokonania Episkopatu jest wielki. Ale optycznie to się nie zaznaczało.
Jednak czuliśmy, że jest to osobowość nieprzeciętna, szczególnie że potem coraz bardziej stwierdzaliśmy jego rozmodlenie, jego umiłowanie liturgii, skupienie i takie ludzkie zwracanie się do każdego człowieka - myślę o nas, którzy byliśmy jeszcze studentami, czy potem, gdy byłem sekretarzem kard. Wyszyńskiego. Zawsze wielka uprzejmość, uwaga skierowana na człowieka, wybieganie myślą, co ktoś ma jeszcze do powiedzenia, i bardzo intuicyjna relacja ze swoim rozmówcą.
Myślę, że kard. Wojtyła znał swoich kapłanów, a ci, których spotkałem, nie taili miłości do swego biskupa. Z relacji kapłanów studentów wiem, że skłaniał ich do poszukiwania. Jego wykłady z etyki wymagały uwagi. Lubił uczelnię.

- Jak można nakreślić relacje między dwoma wielkimi osobowościami - kard. Wyszyńskim, który był "prince" Kościoła w Polsce, a bardzo mu bliskim kard. Wojtyłą?
- Obaj kochali Kościół. To było punktem styku i jednocześnie kluczem do zrozumienia tego, że ci dwaj wielcy ludzie potrafili się uzupełniać, potrafili ze sobą współpracować, a nie ścierać się. Kard. Wojtyła kochał i rozumiał Kościół bardziej niż ci, którzy próbowali kard. Wyszyńskiemu nieraz doradzać. Kardynałowie dzielili się pracą - kard. Wojtyła bardziej udzielał się na zewnątrz Kościoła, zwłaszcza za granicą (Watykan i Polonia), a kard. Wyszyński bardziej pilnował spraw Kościoła w Polsce. I to było bardzo potrzebne, bo każdego dnia coś się w kraju zmieniało, były różne sytuacje tworzone przez rządzącą partię i trzeba było czuwać, a kard. Wojtyła mógł bardziej angażować się w zagadnienia światowe, udzielać się w kongregacjach watykańskich i poświęcać analizom filozoficznym.

- W 1978 r. kard. Wojtyła wygłosił niezwykle mocne słowo podczas procesji Bożego Ciała w Krakowie. Był wtedy podobny w swej wypowiedzi do kard. Wyszyńskiego...
- Nie znam tych ostatnich kazań kard. Wojtyły, ale wiem, że przez współpracę dojrzewała wspólna myśl odpowiadająca okolicznościom, w jakich znajdował się Kościół w Polsce - stąd podobne treści przekazu. Episkopat był bardzo zjednoczony, a przeciwności raczej te same. Obydwaj kardynałowie zgadzali się, gdy chodzi o sposób i metodę, o argumenty, które trzeba było wysuwać. To ważne spostrzeżenie, że ich wypowiedzi były bardzo zbliżone.

- Począwszy od pierwszej pielgrzymki papieskiej, poprzez kolejne Eminencja był blisko Jana Pawła II - wszystkie wizyty (oprócz pierwszej w 1979 r.) odbywały się za prymasostwa Księdza Kardynała. Czy zauważał Ksiądz Kardynał wtedy ten niezwykły związek Papieża z Bogiem?
- Więcej uwagi skupialiśmy chyba wtedy na zewnętrznych przejawach pielgrzymek niż na postawie Papieża. Charakterystyczny był przecież strach, obawy i ostrzeżenia, by w spotkaniach z Papieżem nie uczestniczyć tłumnie, bo to niebezpieczne. W miejscach, do których Papież przybywał, trzeba było często znaleźć jakąś wspólną płaszczyznę porozumienia między wojewodą z nadania władzy komunistycznej a biskupem. Tego typu prac było dużo.
Papież był wtedy bardzo przejęty Ojczyzną, w której dostrzegał potrzebę i symptom odrodzenia. Wiedział, że jego słowa będą padały na bardzo podatny grunt - stąd m.in. jego modlitwa do Ducha Świętego, co zresztą znalazło swój finał po 20 latach w stwierdzeniu o wysłuchaniu papieskiej prośby.
Gdy chodzi o postawę pasterską Papieża - wszyscy: biskupi, kapłani, wierni mogliśmy podziwiać jego oddanie ludziom. Szedł ze słowem, które niosło zbawienie, ale i odrodzenie w sferze doczesności. Człowiek musiał się poderwać do tego, żeby stać się godny w człowieczeństwie. Na godności ludzkiej opiera się cała duchowość. Papież umiał się cieszyć z prostych rzeczy. Umiał rozmawiać z rzeszami ludzi. Jego pogodny nastrój budził ufność. Pasterska gorliwość przejawiała się w tym, że konsekwentnie wypełniał swój program, niezależnie od stanu zmęczenia. To było oddawanie siebie - najznakomitszy rys duchowości, którą mogliśmy obserwować podczas wszystkich jego pielgrzymek.

- Z zachowania Ojca Świętego wynikało, że modlił się także wtedy, gdy nie poruszał wargami, np. gdy coś obserwował, gdy był pogodny i uśmiechnięty. Jednak niezwykłym obcowaniem z Panem Jezusem była dla niego Eucharystia...
- Eucharystia dla Ojca Świętego była przeżyciem szczególnym, zarówno wtedy, kiedy odprawiał ją w swojej kaplicy, jak i wtedy, gdy ją celebrował dla milionowej rzeszy wiernych. Jego celebracja na wielkich stadionach, na wielkich placach pozwalała wchodzić Chrystusowi w życie wspólnoty wiernych, czas i przestrzeń stawały się przeniknięte misterium paschalnym. Te wielkie Msze św. z Ojcem Świętym jako nadprzyrodzone wydarzenia zanurzały się w zwyczajności ziemskiej. Przeżycia samego Papieża najlepiej można było zauważyć, gdy z czasem ulegał niedomaganiom fizycznym. Wydawało się, że podejmuje nieludzki wysiłek, aby oddawać cześć pojawiającej się na ołtarzu Postaci eucharystycznej. Chcę tu także wspomnieć o adoracji. Każdy posiłek u Ojca Świętego kończył się przejściem do kaplicy i adoracją. I jeszcze - trzecia pielgrzymka do Polski, i stacje Kongresu Eucharystycznego. Wiem, że Papież cieszył się z tego akcentu eucharystycznego w wielu miastach.

- Wydaje się, że Ojciec Święty budował ideę patriotyzmu, umiłowania Ojczyzny, nie tylko w sensie politycznym, ale duchowym, religijnym. Patriotyzm w jego wydaniu to była cnota chrześcijańska.
- Papież tę cnotę ogromnie pogłębił i pokazał całemu światu, jak można ją realizować. Był oddany Kościołowi na całym świecie i nie można powiedzieć, że coś zaniedbywał. Dla niego mieszkaniec Afryki, Azji, Ameryki Południowej czy Europy to był człowiek zorientowany ku zbawieniu. Czynił wszystko, by mu ten jego cel wyjaśniać, by otoczyć go klimatem Bożym. A jednocześnie nie zaniedbał miłości do własnej Ojczyzny. Miłość do Krakowa, do Polski, do Warszawy, do sanktuariów polskich nie uszczuplała miłości, którą miał wobec Kościoła powszechnego. Dał przykład prawdziwego patriotyzmu, pokazał, że miłość własnej Ojczyzny nie koliduje z miłością do wszystkich ludzi. To u Papieża możemy dobrze odczytywać i uczyć się.

- Ksiądz Prymas miał na pewno osobiste relacje z Janem Pawłem II, rozmowy z nim w cztery oczy. Jak Eminencja czuł się w jego obecności?
- Zawsze czułem się bardzo naturalnie, a Jan Paweł II odnosił się do mnie z zaufaniem. Były to rozmowy papieża z biskupem. Wiedzieliśmy, Komu służymy i do czego dążymy. Jeżeli rozmowy dotykały tematów trudnych, to Papież wyjaśniał je na tyle, na ile znał kontekst, ale jednocześnie zawsze wysłuchiwał tego, co mówiący ma do powiedzenia pod wpływem okoliczności, jakie ten problem stwarzał. Rozmowy były budujące, nigdy szokujące. Odbywały się często podczas posiłku - Papież często zapraszał na obiad czy kolację, były to tzw. posiłki robocze. Papież cieszył się, jeżeli przedłożyłem mu pisemnie, co chciałbym poruszyć. Cenił to sobie. Rzucił okiem i to wystarczało, by wiedział, o czym będzie mowa. Rozmowy z Papieżem dotyczyły tego, co Kościół może dać ludziom - czyli pokój, otwarcie się na Słowo, na prawdę Bożą, na przyjęcie Chrystusa. Ojciec Święty nie bawił się w jakąś politykę. Jego linia była jasna: Kościół musi pilnować Ewangelii. To najprostsze ujęcie. Oczywiście, rozkładało się to na wiele czynników: jak podejmą to kapłani, Akcja Katolicka, Ruch Światło-Życie czy inne. Ale wizja główna zawsze była taka: Kościół, w którym żyje Jezus Chrystus i za który on jako papież odpowiada wspólnie z biskupami, to nasza wspólna troska. "Res nostra agitur" - chodzi o naszą Bożą sprawę, o to, że my jesteśmy w nią włączeni całą naszą istotą.

- Jak Eminencja opisałby służbę Kościołowi w Polsce w pontyfikacie Jana Pawła II?
- Papież doskonale znał człowieka, znał możliwości jego doskonalenia się w ramach sumienia i odpowiedzialności. Znał też psychikę Polaków. Ale przede wszystkim widział w człowieku chrześcijanina, widział Chrystusa, który w nim rośnie. I dlatego z wielką przyjaźnią i nadzieją zwracał się szczególnie do młodzieży, która ze swej natury jest bardzo chłonna. Pamiętam, podczas jednej z uroczystości, kiedy Papież przechodził wśród tłumów, widziałem, jak ochrona papieska zasłaniała grupę młodych, bo czas naglił, a było powszechnie wiadome, że gdy Papież ich zobaczy, spontanicznie będzie do nich podążał. Jego cechą charakterystyczną było nastawienie do człowieka. Obojętnie, czy to było dziecko, człowiek biedny, polityk, uczony - to był człowiek, droga Kościoła.

- Ksiądz Prymas patrzył też na Jana Pawła II coraz bardziej słabego fizycznie. Czy myślał Eminencja, co będzie, gdy Papieża zabraknie?
- To były ludzkie lęki, które towarzyszą człowiekowi, kiedy się widzi, że osoba dla nas bardzo ważna i droga słabnie. Przypominam też sobie, jak Papież mówił, że jest coraz starszy, że jest krok bliżej narodzenia dla nieba. To było pięknie powiedziane. Ale przy tej słabości, pomijając swe ułomności fizyczne, podejmował ogromny wysiłek, inspirowany wielką miłością do Boga i człowieka. I tutaj można chyba najbardziej zauważyć świętość Papieża, który nie lękał się, że może być źle odbierany wizualnie, telewizyjnie, ale chciał całym sobą być swoim przekazem.

- Jan Paweł II odszedł do domu Ojca. Potem był niezwykły pogrzeb i spontaniczne wołanie: "Santo subito!". Czy zdziwiło ono Księdza Prymasa?
- Okrzyk "Święty od zaraz!" nie zdziwił mnie, był ważnym sygnałem powszechnego przekonania o świątobliwym życiu Jana Pawła II. Także po męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki pojawiały się głosy o przyspieszenie procesu. Ja również nie miałem wątpliwości co do świętości naszego Papieża. Przejęty byłem tylko troską o ogrom pracy nad przebadaniem całej spuścizny wielkiego pontyfikatu, jaka potrzebna jest przy procesie beatyfikacyjnym. Proces ten nie polega na emocjach. Kościół jest bardzo racjonalny, buduje na pewnej logice wiary. Wiedziałem, że Jan Paweł II jest święty, ale i to, że na formalne ogłoszenie tego musimy jeszcze czekać.

- Na uroczystościach 100-lecia Papieskiego Instytutu Polskiego w Rzymie powiedział Ksiądz Prymas, że beatyfikacja Jana Pawła II to polskie Westerplatte. Czy mógłby Eminencja rozwinąć to porównanie?
- Jan Paweł II na Westerplatte odniósł fakt obrony tego miejsca do każdego wierzącego i do jego stosunku wobec odpowiedzialności za swoje czyny, za obronę prawdy. Powiedział, że "każdy ma swoje Westerplatte, gdzie nie wolno zdezerterować". Miałem tu na myśli, że nie wolno uciekać od trudnych obowiązków. Papież dał tego przykład i to winno pozostać w nas. Nie unikać trudności. Jeżeli są one związane z jakimś świadectwem prawdzie, to trzeba starać się stawić im czoła i wprowadzać dobro w życie. Westerplatte zatem - to odpowiedzialność. I myślę, że beatyfikacja Jana Pawła II nakłada na nas obowiązek modlitwy do niego, ale także przyglądania się, jak on, błogosławiony, podejmował trudne życiowe zadania.
Z kard. Józefem Glempem, prymasem seniorem, o życiu Jana Pawła II i jego służbie Kościołowi Chrystusowemu rozmawia ks. inf. Ireneusz Skubiś. Niedziela 28 kwietnia 2011

O Papieżu prawie prywatnie


Kontakty o. Konrada Hejmo z Ojcem Świętym Janem Pawłem II sięgają jeszcze okresu, gdy przyszły Papież był arcybiskupem krakowskim. Wówczas o. Hejmo był duszpasterzem akademickim w Poznaniu. Z o. Hejmo rozmawia Paweł Zuchniewicz.

- Czy często stykał się Ojciec w Polsce z przyszłym Papieżem?
- Ksiądz arcybiskup, a potem kardynał Karol Wojtyła bardzo angażował się w duszpasterstwo akademickie i dlatego często organizował nieformalne spotkania z księżmi zajmującymi się młodzieżą. Nasze rozmowy dotyczyły przede wszystkim przygotowania młodzieży akademickiej do życia małżeńskiego i rodzinnego. Rzecz ciekawa - on przy tej okazji robił bardzo wiele innych rzeczy. Słuchał nas, od czasu do czasu wtrącał jakąś swoją uwagę, a oprócz tego miał całą stertę pism - jedne poprawiał, inne podpisywał. Był wszechstronny. Porównywaliśmy go do Napoleona, który dyktował sześciu sekretarzom naraz.
Spotykaliśmy się także poza Krakowem. Jak wiadomo, Karol Wojtyła wyjeżdżał z młodzieżą na różne wędrówki. Nie znam "kajakowego" rozdziału jego duszpasterstwa, natomiast wiele razy nasze szlaki krzyżowały się w Tatrach lub w Bieszczadach. Z nim i ze studentami spędziliśmy wiele wieczorów przy ognisku.

- Czy pamięta Ojciec jakieś szczególne sytuacje z tamtych czasów?
- Kiedyś jechałem ze studentami na zimowisko do Bukowiny Tatrzańskiej. Przyjechaliśmy nocnym pociągiem z Poznania do Krakowa. Przypomniałem sobie na stacji, że nie mam pozwolenia - czyli tzw. jurysdykcji - na sprawowanie posługi duszpasterskiej w archidiecezji krakowskiej.
Każdy ksiądz, który udawał się na teren innej diecezji, musiał mieć takie pozwolenie od miejscowego biskupa. Było to konieczne, aby odprawiać Mszę św. i spowiadać. Postanowiłem zatem poprosić abp. Wojtyłę o jurysdykcję. Szkopuł w tym, że była godzina 5.30. Mimo to poszedłem.
Dzwonię do drzwi, które otworzyła jakaś starsza pani. "Muszę się spotkać z Kardynałem - mówię - bo brak mi jurysdykcji kościelnej, a studenci czekają na mnie na dworcu". Ta pani tylko pokiwała głową. Delikatnie mówiąc, nie była zachwycona takim dziwnym gościem (w dodatku byłem "w cywilu"). Jednak za chwilę wróciła i zaprosiła mnie do środka.
Kardynał akurat się golił. Pamiętam, że wysunął tylko zza kotary głowę. Twarz miał jeszcze w połowie pokrytą mydłem. Zrobił znak krzyża I powiedział: "In nomine Patris et Filii, et Spiritus Sancti. Szczęść Boże na drogę". Tak zachować się mógł tylko Kardynał Wojtyła.

- W jaki sposób znalazł się Ojciec w Rzymie w Ośrodku dla Pielgrzymów?
- Przypadkowo, choć głęboko wierzę, że te "przypadki" są zaplanowane przez Opatrzność Bożą. Od 1979 r. pracowałem w watykańskiej Delegaturze Biura Prasowego Episkopatu Polski, której biuro znajdowało się przy Via Pfeiffer - w tym samym domu, w którym funkcjonował dom dla pielgrzymów. Po odejściu pierwszego dyrektora domu - ks. Kazimierza Przydatka, jezuity, zlecono mi przejęcie jego obowiązków.
Wymawiałem się, jak mogłem, wiedząc jak trudna jest ta praca. Dwa razy pisemnie odmawiałem przyjęcia tej funkcji. Ale po kilku miesiącach ks. Stanisław Dziwisz, obecnie biskup, zaprosił mnie na obiad do Ojca Świętego i powiedział w jego obecności: "Niech Ojciec Święty udzieli mu błogosławieństwa, bo do tego momentu nie znaleźliśmy nikogo lepszego na to miejsce". Papież uściskał mnie i pobłogosławił, a wątpliwości minęły. Od grudnia 1984 r. zacząłem się zatem oficjalnie zajmować pielgrzymami.

- Na czym to konkretnie polega? - Oczywiście, przede wszystkim chodzi o spotkania z Ojcem Świętym. Odbywają się one według kilku schematów. Pierwszym są audiencje generalne. Bywa na nich po kilka tysięcy Polaków. Opracowuję wówczas dla Papieża skrót prezentacji poszczególnych grup. Bywają też okazje szczególne: beatyfikacje, kanonizacje, pielgrzymki: narodowa, Radia Maryja, Solidarności, rzemieślników - to wszystko przygotowuje ośrodek "Corda Cordi".
Są też spotkania indywidualne. Odbywają się one po Mszach świętych w prywatnej kaplicy Papieża (na nie zaprasza bp Stanisław Dziwisz), ale również podczas audiencji generalnych. Ostatnio takich sytuacji jest coraz więcej. Czasem bowiem trudno jest zorganizować oficjalną audiencję prywatną i dlatego wiele osób, które chciałyby osobiście spotkać się z Papieżem, zaprasza się na audiencję generalną, a po niej podprowadza do papieskiego tronu. To jest mniej eksponowana forma, która zastępuje audiencję prywatną.

- Kto decyduje o tym, kogo można podprowadzić do Ojca Świętego?
- W zasadzie w przypadku audiencji generalnej ja o tym decyduję, choć oczywiście konsultuję to z Biskupem Stanisławem. Robię to przede wszystkim wtedy, gdy chodzi o kogoś, kto mógłby budzić kontrowersje. Czasem jednak, gdy wiem, że zastrzeżeń nie będzie, zakładam, że pozwolenie jest i sam podejmuję decyzję.
Tak było np. przed pielgrzymką Ojca Świętego na Ukrainę. Na jeden dzień do Rzymu przyleciała matka Georgija Gongadze, zamordowanego ukraińskiego dziennikarza. Wiadomo, że odpowiedzialnością za jego śmierć obciążano prezydenta Kuczmę. O przyjeździe matki Gongadze dowiedzieli się wcześniej dziennikarze. Wypytywali mnie o nią, ale nic im nie powiedziałem i trochę "po kryjomu" usadziłem ją blisko papieskiego tronu.
Po audiencji podprowadziłem ją do Papieża. Powiedziałem mu, kim jest zbliżająca się do niego kobieta. On wziął ją za ręce, potem objął jej głowę - ona cały czas płakała. Na czole zrobił jej znak krzyża i uważnie słuchał. Matce dziennikarza towarzyszyła jej przyjaciółka Polka, która usiłowała wyjaśniać wszystko po polsku. Ojciec Święty tylko ręką dał znak, że orientuje się w sprawie.
Gdy one odeszły, zawołano mnie do Papieża, który dopytywał się o szczegóły dotyczące tej sprawy oraz matki dziennikarza: kiedy przyjechała, kiedy wraca, jak wygląda obecnie stan śledztwa. Chciał się z nią jeszcze powtórnie spotkać, ale było to już niemożliwe, ponieważ tego samego dnia ona wróciła do Kijowa.

- Czy przy okazji organizowania spotkań pielgrzymów z Papieżem zdarzały się jakieś nieprzewidziane sytuacje lub "wpadki"?
- Pamiętam jedną z audiencji dla Polaków w Sali Klementyńskiej. Tu warto dodać, że za dawnych lat, gdy Ojciec Święty był w pełni sił, a było dużo pielgrzymów Polaków, takie audiencje odbywały się na Dziedzińcu św. Damazego. Tam mieściło się 2-2,5 tys. pielgrzymów, a Papież chodził od grupy do grupy. Ale później trzeba było ograniczyć rozmiary tych spotkań i audiencje prywatne przeniesiono do Sali Klementyńskiej. Tam mieści się najwyżej 500 osób. Ale jeśli wejdzie taka liczba, to po krótkim czasie w sali robi się ciasno, gorąco i bardzo duszno.

Kilka lat temu uzbierało się jednak ok. 650 osób. Przyznaję, że zawsze mi jest żal pielgrzymów. Księża przychodzą do mnie i płaczą, że chcą się dostać z grupą do Ojca Świętego. Z kolei Biskup Stanisław stara się chronić Papieża, więc ogranicza liczbę osób, które mogłyby wejść. Zazwyczaj się targujemy - on mówi o 200 osobach, ale przeważnie udaje się dojść do czterystu. Wtedy pozwoliłem, aby przyszło ich więcej.
To ryzyko było jednak skalkulowane. Jeśli mam odpowiednio dużo czasu, to tak ustawiam pielgrzymów, że jedni czekają na korytarzu, a inni są w środku. Gdy jedna grupa spotka się z Papieżem i wyjdzie, to wprowadzam następne. W ten sposób na sali nie widać takiego tłoku. Ale tego dnia czasu zabrakło.

Papież przyszedł wcześniej, ja nie zdążyłem ich podzielić i w sali był straszny tłok. Biskup Stanisław powiedział Ojcu Świętemu, żeby przeszedł i tylko ogólnie wszystkich pozdrowił. Następnie znaczna część osób musiała po prostu wyjść. Wśród nich był pewien ksiądz, który krzyknął do Papieża, że jest tu z matką staruszką. Ja tego nie słyszałem, ale Papież słyszał i po pewnej chwili mówi do mnie, że był w tej grupie ksiądz, który coś mówił o matce.
Po audiencji zaś Ojciec Święty powiedział "Odszukaj tego księdza z matką". Wszędzie biegałem, szukałem, ale ich już nie było. Widziałem się z papieżem jeszcze tego samego dnia wieczorem, a on powtórzył: "Musisz mi wyszukać tego księdza i przyprowadzić go do mnie." Szukaliśmy dwa dni. W końcu znaleźliśmy księdza i jego matkę gdzieś pod Rzymem. I spotkanie z Ojcem Świętym doszło do skutku.

Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo Papież troszczy się o ludzi, którzy do niego przychodzą. Chociaż przeważnie Sala Klementyńska jest maksymalnie nabita ludźmi, to on po audiencji zawsze mnie pyta: "Dlaczego nie wziąłeś więcej?" Zresztą spotkania z Polakami dają mu wiele radości, choć często są trudne ponieważ nie tylko jest bardzo gorąco, ale też ludzie to mocno przeżywają.

- Jak papież to znosi?
- Kiedyś Ojciec Święty chodził od grupy do grupy. Teraz siedzi. Sam powiedział, że na siedząco jest w stanie wytrzymać bardzo długo. Grupy kolejno podchodzą do niego po błogosławieństwo. Tak jest mniej więcej od dwóch I pół lat. Pamiętam ostatnią audiencję, która odbywała się według starego stylu - to znaczy papież miał chodzić od grupy do grupy. Wszyscy byli świetnie ustawieni. Ale w pewnym momencie Ojciec Święty powiedział: "Dalej nie pójdę". Ksiądz Stanisław przekonywał, że wszyscy są świetnie ustawieni i nie zajmie to dużo czasu. Widać było, ze papież walczy ze sobą, ale w pewnym momencie stanął i powiedział: "Nie mogę, muszę się o coś oprzeć." Wrócił do tronu I zaczęliśmy podchodzić do tronu. I tak już zostało. Tak zresztą jest lepiej, bo umysł i pamięć Ojca Świętego są w doskonałym stanie, tylko nogi mu dokuczają, więc gdy siedzi wszystko idzie dobrze.

Zazwyczaj patrzymy na papieża jako na zwierzchnika całego Kościoła. Ale przecież jest nim dlatego, że jest biskupem Rzymu. Z tym też wiążą się konkretne obowiązki. "Wynalazkiem" Jana Pawła II są wizytacje parafii Wiecznego Miasta. W każdą wolną niedzielę udaje się on w inne miejsce Rzymu. To jest bardzo czasochłonne, a zarazem bardzo niebezpieczne. Takie spotkania odbywają się bowiem zazwyczaj na dziedzińcu kościoła a z tym wiąże się trudność zabezpieczenia wszystkich domów, ulic I zaułków.

To nie jest Plac Świętego Piotra, gdzie dość łatwa jest kontrola zarówno tego, co dzieje się na samym placu jak i wokół niego. Wokół kościoła parafialnego jest wiele budynków I masę zaułków, w których ktoś mógłby się ukryć. Zresztą podobny problem jest podczas procesji Bożego Ciała, którą Jan Paweł II wyprowadził na rzymskie ulice. Kiedyś, gdy papież był silniejszy szedł na piechotę I niósł Najświętszy Sakrament. Teraz odbywa się to w ten sposób, że Najświętszy Sakrament znajduje się na samochodzie a przed nim klęczy Ojciec Święty. W ten sposób staje się on znakomitym celem dla snajpera.

- Jak przebiegają odwiedziny rzymskich parafii? - To dla Ojca Świętego ogromny wysiłek. On zachowuje bowiem rytm normalnej wizytacji biskupiej.
Najpierw jest spotkanie z całą parafią, a potem z poszczególnymi organizacjami, z Akcją Katolicką, z młodzieżą, z dziećmi, z duchowieństwem. A czasu nie ma wiele, bo na dwunastą musi już być z powrotem na Anioł Pański.
Często zresztą z powodu tych wizytacji jest już tak zmęczony, że niemożliwe są wieczorne audiencje dla Polaków.
Biskup Stanisław mówi wówczas, że nie można "dobijać" Ojca Świętego, bo dzień miał naprawdę ciężki.
Papież prowadzi te wizytacje od początku pontyfikatu. Zostało mu jeszcze około stu parafii I twierdzi, że chce to doprowadzić do końca.
Z o. Konradem Hejmo - dominikaninem rozmawiał Paweł Zuchniewicz

Bez o. Konrada Hejmo, dominikanina, trudno byłoby sobie wyobrazić, co działoby się z polskimi pielgrzymami przybywającymi do Rzymu. Ojciec Konrad przebywa w Wiecznym Mieście tylko o rok krócej niż Papież Jan Paweł II, a od 1984 r. jest dyrektorem Ośrodka dla polskich pielgrzymów w Watykanie "Corda Cordi".
Do Rzymu trafił z polecenia Prymasa Tysiąclecia, kard. Stefana Wyszyńskiego, w październiku 1979 r. Wcześniej, podczas pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Ojczyzny był jedynym łącznikiem między Episkopatem Polski a dziennikarzami. Po przyjeździe do Rzymu miał pracować w Radiu Watykańskim, ostatecznie jednak został mianowany wicedyrektorem Delegatury Biura Prasowego Episkopatu Polski w stolicy chrześcijaństwa. Od 1982 r. był współredaktorem, a później redaktorem naczelnym miesięcznika "Kronika Rzymska".
Dwa lata później mianowano go dyrektorem Ośrodka dla pielgrzymów. Po fali emigracji z Polski w latach 80. o. Konrad szukał dla emigrantów zakwaterowania i organizował im opiekę duszpasterską. Objęła ona ok. 30 ośrodków zamieszkałych przez Polaków. Na co dzień odpowiada za organizację spotkań Polaków z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, interweniuje w tysiącach przypadków losowych, a przede wszystkim chętnie pomaga, udzielając informacji, służąc wskazówkami każdemu, kto przewija się przez to miejsce.
15 czerwca 2001 r. niestrudzony opiekun pielgrzymów obchodził 40. rocznicę święceń kapłańskich. Jego dewizą życiową jest służba ludowi Bożemu. Na obrazku prymicyjnym napisał: "Posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych odzyskał wolnymi".


Był blisko świętego Papieża


Ojciec Święty naprawdę ufał Panu Bogu i przedstawiał Mu wszystko, co go niepokoiło. Ufał słowom Pana Jezusa, że bramy piekielne Kościoła nie przemogą (por. Mt 16, 18). Widział Kościół: pozytywnie i przyszłościowo. Jan Paweł II był człowiekiem takim jak my wszyscy. Jego posługę Piotrową wspierał cały świat, ale do heroiczności cnót dojrzewał sam.

Z abp Mieczysławem Mokrzyckim rozmawia Ks. Ireneusz Skubiś dyrektor tygodnika katolickiego Niedziela

- Ksiądz Arcybiskup miał szczęście być świadkiem życia wielkiego i świętego Papieża. Jak Ekscelencja jako młody ksiądz przyjął zaproszenie do bezpośredniej służby Janowi Pawłowi II?
- Byłem bardzo zaskoczony. Nie od razu dałem odpowiedź. Zastanawiałem się nad tym, czy sobie poradzę i czy jestem godzien być u boku tak wielkiego człowieka. Przyjąłem papieskie zaproszenie z wielką odpowiedzialnością i obawą, a jednocześnie z radością.

- Jak przebiegały pierwsze miesiące pracy? Czy od razu dało się zauważyć, że Ojciec Święty żyje w wielkiej symbiozie z Panem Bogiem, z Jezusem Eucharystycznym, że jego życie jest życiem wielkiej modlitwy? - Pracy było dużo. Miałem jednak możność poznania samego Ojca Świętego i prawie wszystkich jego gości.
Ojciec Święty był osobą szczególną. Modlił się długo i wytrwale. Zauważało się jakąś szczególną więź z Chrystusem, któremu poświęcał bardzo wiele czasu i uwagi. Czynił to zawsze naturalnie, ze spokojem i z pełnym zaufaniem. Tak, Ojciec Święty wiele razy pokazywał nam, jak można się modlić - długo, wytrwale i skutecznie.

- Czy zauważalne było u Ojca Świętego przekładanie spraw ludzkich na porządek Boży?
- Ojciec Święty modlił się gorliwie i wszystkie sprawy i problemy zawsze zawierzał Panu Bogu.

- Jak Jan Paweł II znosił cierpienia, których los mu nie szczędził?
- Tak jak każdy człowiek. Myślę, że się do nich po prostu przyzwyczaił. Ufał lekarzom, którzy go leczyli, i bez narzekania szedł naprzód.

- Wiadomo było, że z całego świata napływały do Ojca Świętego sprawy trudne, czasem bolesne. Jak reagował na to Papież? Czy jego modlitwa za sprawy świata była czytelna dla jego najbliższego otoczenia?
- Tak, często o tym mówił, także przychodzącym do niego gościom. Modlił się w czasie Mszy św., ale także poza nią.

- Czy Ksiądz Arcybiskup uczestniczył we wspólnych modlitwach z Janem Pawłem II? - Tak, włączałem się w nie często, ponieważ wiedziałem, że są trudne sprawy do rozstrzygnięcia. Chciałem wzmacniać posługę Piotra naszych czasów.

- Cały świat przyglądał się Janowi Pawłowi II, który gasł na jego oczach. Było to niezwykłe świadectwo odchodzenia Papieża do Ojca... Jak odbierało tę chwilę jego najbliższe otoczenie?
- Tworzyliśmy jedną wielką rodzinę, która z Ojcem Świętym była bardzo zżyta. Odchodził od nas ktoś bliski i wyjątkowy. Nadzieja zmartwychwstania i modlitwy całego ludu pomogły nam przeżyć ten trudny czas.

- Jak w ostatnim czasie swojego życia widział Ojciec Święty Kościół powszechny, oddając za duchowieństwo, zakony i wszystkich wiernych swoje cierpienia?
- Ojciec Święty naprawdę ufał Panu Bogu i przedstawiał Mu wszystko, co go niepokoiło. Ufał słowom Pana Jezusa, że bramy piekielne Kościoła nie przemogą (Mt 16, 18). Widział Kościół: pozytywnie i przyszłościowo.

- Jaki jest stosunek Księdza Arcybiskupa do słów powtarzanych 3 lata temu przez media: "odchodzi do Boga święty Papież"?
- Jan Paweł II był człowiekiem takim jak my wszyscy. Jego posługę Piotrową wspierał cały świat, ale do heroiczności cnót dojrzewał sam. To jest głos ludu Bożego, do którego dołączam się całym sercem.

- Wszystkim dźwięczą jeszcze w uszach słowa-hasło z pogrzebu Jana Pawła II: "Santo subito!". Kościół wołał o szybkie wyniesienie Jana Pawła II na ołtarze. Jakie myśli i refleksje nasuwały się wtedy Ekscelencji?
- Wołanie to napełniało mnie radością, ponieważ wierni mają najlepszy osąd i wyczucie. Być blisko świętego Papieża to była dla mnie wielka łaska i zarazem zobowiązanie.

- Kiedy Ojciec Święty Jan Paweł II odszedł z tego świata, do Krakowa wrócił abp Stanisław Dziwisz, a w Rzymie został ks. Mieczysław Mokrzycki. Z jakimi myślami pozostał najmłodszy sekretarz Jana Pawła II?
- Początkowo nie było to łatwe. A z drugiej strony jakby nic się nie zmieniło - ten sam dom, ten sam Kościół... Myślę, że było to dobre, potrzebne i pożyteczne.

Z arcybiskupem koadiutorem we Lwowie Mieczysławem Mokrzyckim rozmawiał ks. Ireneusz Skubiś

Edmund i Karol


Z kardynałem Stanisławem Dziwiszem rozmawia ks. Paweł Danek

- Z pewnością Ojciec Święty wspominał swojego starszego brata Edmunda. Czy Ksiądz Kardynał pamięta, przy jakich okazjach miało to miejsce? Na co w takich momentach zwracał uwagę w związku z osobą Edmunda? - Ojciec Święty często mówił o swoim bracie. Przywoływał wspomnienie o Edmundzie w miejscach związanych szczególnie z jego życiem. Przypominał m.in. swój pierwszy pobyt na Uniwersytecie Jagiellońskim, było to właśnie z okazji uroczystości uzyskania dyplomu przez starszego brata. Jako mały chłopiec głęboko przeżył to wydarzenie i zapamiętał je, jak również to niezwykłe miejsce, w którym się wtedy znalazł. Mówił również, że dzięki Edmundowi po raz pierwszy zobaczył Tatry - podczas wspólnej wycieczki do Doliny Pięciu Stawów.
Kontakty z bratem były bardzo serdeczne i z biegiem lat jeszcze bardziej potęgowały się, umacniały ich przyjaźń i więzy rodzinne. Nawet gdy Edmund pracował już w szpitalu w Bielsku, to mały Karol wraz z ojcem często go odwiedzali, nie unikając przy tym kontaktów z pacjentami bielskiego szpitala.

- Czy Ojciec Święty Jan Paweł II miał jakieś pamiątki po swoim bracie?
- Wojenna zawierucha sprawiła, że wiele rodzinnych pamiątek zaginęło, za wyjątkiem kilku zdjęć. Oprócz nich nie widziałem żadnych pamiątek. Myślę jednak, że to nie tyle pamiątki, co żywa pamięć o rodzinie była przede wszystkim widoczna w życiu Jana Pawła II.

- Patrząc na życie Edmunda - można z jednej strony zobaczyć zamiłowanie do sportu, czynnego wypoczynku, górskich wędrówek, a z drugiej - służbę i poświęcenie dla innych, zwłaszcza najsłabszych. To charakteryzowało również jego młodszego brata. Czy - zdaniem Księdza Kardynała - można powiedzieć, iż Edmund miał wpływ na kształtowanie charakteru i postaw życiowych przyszłego Papieża Jana Pawła II?
- Uważam, że taka była atmosfera w ich rodzinnym domu. W rodzinie Wojtyłów z jednej strony pielęgnowano patriotyzm, a z drugiej strony szukano prawdy i piękna. W to wszystko wprowadzał synów przede wszystkim ojciec. Taką postawę przejął wpierw Edmund, a potem Karol. Jednak po śmierci matki starszy brat w naturalny sposób przejął od ojca troskę o młodszego brata. Edmund z pewnością chciał mu przekazać wartości pielęgnowane w ich rodzinie, stąd ich bliskie kontakty mogły być inspirujące, a z pewnością umocniły i pogłębiły ich więzy.
Poza tym obydwaj żyli wartościami wiary oraz pielęgnowali przywiązanie do Pana Boga i Kościoła. Konsekwencją tego było odniesienie do drugiego człowieka, człowieka cierpiącego, człowieka szukającego pomocy. Ostatecznie, choć ich codzienne życie realizowało się na drodze różnych powołań, to czerpali z tego samego źródła - głębokiej wiary.

- Czy patrząc na biografię Edmunda Wojtyły, można powiedzieć, że łatwiej będzie nam zrozumieć Ojca Świętego przez pryzmat życia jego brata?
- Jest to sprawa bardzo złożona. Niewątpliwie środowiska parafii, miasta Wadowice, szkoły, rodziny miały wpływ na kształtowanie charakteru młodego Karola. To wszystko, a najbardziej rodzina była przyczynkiem do powstania tej predyspozycji do szukania piękna, prawdy i do altruizmu, który tak bardzo był widoczny u jego brata. Edmund wiedział, co to znaczy służyć ludziom chorym na szkarlatynę. Zdawał sobie sprawę z poziomu śmiertelności tej choroby, a jednak podjął wyzwanie i przy nim wytrwał. To był heroizm lekarza początków XX wieku, a cnoty heroiczne zawsze odciskają piętno na innych.

- Na bazie filmu "Brat Papieża", poświęconego Edmundowi i losom rodziny Wojtyłów z czasów młodości Karola, przygotowane są katechezy i materiały homiletyczne. Który z tematów poruszonych w filmie - zdaniem Księdza Kardynała - jest najbardziej aktualny w naszych czasach?
- W filmie możemy zobaczyć, jak dom Wojtyłów promieniował ciepłem i życzliwością, jak z tej atmosfery czerpali najpierw Edmund, a następnie Karol i jak to ich łączyło. Widzimy również, jak miłość do Boga owocowała postawą wobec siebie nawzajem, a także wobec bliźniego. Tak jest i w naszych czasach. Rodzina głęboko przepojona pierwiastkiem religijnym ma absolutnie decydujący wpływ na życie całego domu i na wychowanie dzieci. Oprócz otrzymanych od Boga talentów bezcenne jest to, co młody człowiek wyniesie z domu rodzinnego, a więc sposób patrzenia na Boga, świat i drugiego człowieka.

Z kard. Stanisławem Dziwiszem rozmawia ks. Paweł Danek
Na stronie: brat papieża.pl dostępne są katechezy i materiały homiletyczne opracowane na bazie filmu "Brat Papieża".

Promieniowanie ojcostwa


Wchodził w rzeczywistość watykańską bez żadnych kompleksów. Znał wszystkie podstawowe języki europejskie. Potrafił szybko nawiązywać łączność z drugim człowiekiem. Był doskonale przygotowany duchowo oraz intelektualnie. To jego atuty, które bardzo szybko z nowego papieża uczyniły pasterza, a ten stał się przewodnikiem.

Z kard. Stanisławem Dziwiszem - metropolitą krakowskim - rozmawia Lidia Dudkiewicz

- "Od początku mojego pontyfikatu stoisz wiernie u mego boku jako sekretarz, dzieląc trudy i radości, niepokoje i nadzieje związane z posługą Piotrową" - to wyznanie Ojca Świętego Jana Pawła II z 19 marca 1998 r., dnia konsekracji biskupiej ks. Stanisława Dziwisza.
A on z kolei mówił o sobie: "Jestem człowiekiem, którego nie ma".
I przez wszystkie lata wielkiego pontyfikatu wiernie trwał przy Janie Pawle II, pozostając zawsze w pobliżu Papieża Polaka jako jego nieodłączny, dyskretny cień.
A wszystko zaczęło się 30 lat temu,16 października 1978 r., gdy kard. Karol Wojtyła przez Kolegium Kardynalskie został wybrany na papieża, a ks. Stanisław Dziwisz przez Jana Pawła II - na sekretarza papieskiego.

Jak Wasza Eminencja dowiedział się, że Kardynał z Krakowa, z którym ściśle współpracował już od 1966 r., został papieżem? I jak odbył się wybór sekretarza papieskiego?
- Byłem na Placu św. Piotra i słyszałem, jak kard. Pericle Felici ogłosił imię nowego papieża. Oczywiście, cieszyłem się, ale byłem jakby skamieniały. Do dziś słyszę ten głos, który nie tylko przeniknął do mej duszy, ale w pewnym sensie całym mną wstrząsnął. Myślałem sobie: stało się! Stało się to, co jakoś tkwiło we mnie! W Krakowie byli ludzie, którzy modlili się, aby On nie został wybrany. Pragnęli, aby pozostał w diecezji, nie chcieli, aby odszedł. Chyba mało kto jednak przypuszczał, że może się wydarzyć coś podobnego. A jednak się wydarzyło. Osobiście byłem przygotowany na powrót do kraju. Jan Paweł II postanowił jednak inaczej. Powiedział tylko, że zaczynamy na nowo.

- Czy Kardynał, który przyszedł do Watykanu "z dalekiego kraju" - pierwszy od 455 lat papież nie będący Włochem, pierwszy w historii słowiański następca św. Piotra - szybko nauczył się bycia papieżem? Jaki przyjął styl papiestwa, jaki sposób kontaktu z duchownymi i ludźmi świeckimi? Wszyscy wiemy, że ołtarz i stół to były najważniejsze punkty w papieskim domu, skupiające ludzi przy Janie Pawle II...
- Wybór kard. Karola Wojtyły został odebrany przez rzymian jako przełom. Papież niebędący Włochem - to jak powiew nowego ducha. Dlatego zaraz po ogłoszeniu wyboru nowego papieża - po chwili ciszy - nastąpił wielki aplauz zgromadzonych wiernych. Ojciec Święty poczuł się jak u siebie w domu. Wchodził w rzeczywistość watykańską bez żadnych kompleksów. Znał wszystkie podstawowe języki europejskie. Potrafił szybko nawiązywać łączność z drugim człowiekiem. Był doskonale przygotowany duchowo oraz intelektualnie. To jego atuty, które bardzo szybko z nowego papieża uczyniły pasterza, a ten stał się przewodnikiem. Był człowiekiem bezpośrednim i otwartym. Warto podkreślić, że podczas ogłaszania wyniku wyboru nie przewidywano przemówienia. Tymczasem Jan Paweł II, widząc tłumy na Placu św. Piotra, zwrócił się do ludzi, mówiąc do nich z głębi swego serca.

- Mamy świadomość, że Jan Paweł II to Boży atleta, gigant wiary i geniusz człowieka. Jak wyglądał jego zwykły dzień w Watykanie? Skąd czerpał siły do dźwigania na swoich barkach spraw całego świata? Jak się modlił, jak pracował, a jak odpoczywał? Kiedyś Ksiądz Kardynał wyznał, że już w swojej młodości Karol Wojtyła miał usłyszeć zdanie: "Nie jest trudno być świętym". Życie pokazało, że zapamiętał te słowa. Wstąpmy więc na jeden dzień na trzecie piętro Pałacu Apostolskiego w Watykanie i przyjrzyjmy się, jak przez prawie 27 lat żył tam Ojciec Święty i ludzie mu najbliżsi.
- Jan Paweł II wstawał wcześnie rano. Na modlitwie przygotowywał się do porannej Eucharystii. Jego modlitwa była wejściem w atmosferę Bożą. Na Mszę św. zapraszał kapłanów i świeckich. Po Mszy św. i dziękczynieniu było śniadanie, a następnie praca i przygotowanie się do audiencji. Obiady miały charakter roboczy, według zapotrzebowania i w zależności od aktualnych spraw. Przeważnie Ojcu Świętemu towarzyszyły osoby z Kurii Rzymskiej i biskupi przybyli w ramach wizyty "ad limina apostolorum". Obiady niedzielne natomiast miały charakter świąteczny i przyjacielski. Po obiedzie czas wypełniony był spotkaniami, lekturą pism, książek i przygotowywaniem się do rozmaitych publicznych wystąpień. Po kolacji Ojciec Święty z reguły odprawiał osobiste modlitwy i miał chwilę dla siebie. Potem pracował w swoim prywatnym apartamencie do późnych godzin nocnych.

- Istnieje powszechna opinia, że Jan Paweł II miłością zmienił świat, a jego życie można ująć w słowach: Kochał Boga i ludzi. Dziennikarz Gian Franco Svidercoschi zauważył, że potrzebny był papież nie-Włoch, papież z Polski, aby przypomnieć, że czytane od końca słowo ROMA - Rzym, znaczy AMOR - miłość...
- Jako świadek życia Ojca Świętego uważam, że całe Jego życie jest jednym wielkim przykładem miłości. Wszystko, co czynił, było przeniknięte umiłowaniem Boga i ludzi. Taki był bowiem program Jego życia, któremu na imię MIŁOŚĆ.

- Proszę wskazać główne wydarzenia największego pontyfikatu w dziejach Kościoła. W jakim zakresie Jan Paweł II - Ojciec Święty Pielgrzymujący - odmienił oblicze świata?
- W przyszłym roku będziemy obchodzić 30. rocznicę pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Pamiętamy, że modlił się on wówczas, aby Polacy nie podcinali korzeni, z których wyrastają, i prosił Ducha Świętego, aby zstąpił i odnowił oblicze polskiej ziemi. Myślę, że dla Ojca Świętego to działanie nie miało charakteru wydarzenia jednorazowego. On według tej idei pielgrzymował do wszystkich narodów. Wiedział bowiem, że jeśli gdziekolwiek ma się coś odmienić - to tylko mocą Bożego Ducha. I czyż dziś nie tego właśnie mamy przykłady? Konkretne osoby i całe środowiska, które dogłębnie przejęły się nauką Jana Pawła II i otwarły na działanie Bożej łaski, rzeczywiście odmieniły swe oblicze. Inne natomiast - jeśli ograniczyły się jedynie do zewnętrznego udziału w jakimś ważnym wydarzeniu za czasów jego pontyfikatu - nie doznały jeszcze takiej przemiany.

- Pod koniec wielkiego pontyfikatu Jana Pawła II jego przyjaciel, a zarazem wybitny teolog kard. Stanisław Nagy zauważył, że również ten wyjątkowy pontyfikat bezlitośnie podlega prawom czasu, z postępem fizycznego wyczerpania, a w tym także nasilającej się choroby, która już nie tylko czyni niesiony krzyż cięższym, ale do niego przygważdża. Podczas ostatnich lat pontyfikatu Jan Paweł II swoją posługę pełnił z wysokości krzyża własnej fizycznej słabości i nieodłącznego cierpienia. Wasza Eminencja był najbliższym świadkiem tej drogi krzyżowej Papieża Polaka. Zawsze u jego boku, aż do przejścia Jana Pawła II na tamtą stronę. Jak Ksiądz Kardynał odczuwał przez te prawie 27 lat promieniowanie świętości sługi Bożego Jana Pawła II?

- Nie ma chrześcijaństwa bez krzyża. Nie ma miłości bez krzyża. Droga krzyżowa jest więc niejako wpisana w ludzkie życie. Najistotniejsza sprawa to podejście do krzyża i styl, z jakim się ten krzyż dźwiga. Człowiek tylko w trudnych chwilach potwierdza swą wartość. Dla mnie Jan Paweł II był drogowskazem przez wszystko, co czynił. Jego cierpienie i agonia to właściwie Jego ostatnia pieczęć na księdze, którą zapisywał przez wszystkie dni swego ziemskiego życia. Myślę, że owa księga pisana przez Ojca Świętego mogłaby nosić tytuł: "Żyję tak, jak wierzę". A skoro do opisu Jego oddziaływania na mnie użyte zostało słowo "promieniowanie", to mogę wyznać, że było to zawsze "promieniowanie ojcostwa".

- Co mamy czynić, aby nie zagubić wyjątkowego w skali historii ludzkości dziedzictwa, które pozostawił nam sługa Boży Jan Paweł II?
- Bardzo zachęcam, żeby sięgać do tekstów Ojca Świętego Jana Pawła II. Znajdziemy w nich Jego przemyślenia oraz najgłębsze przekonania. Warto inspirować się Jego modlitwami. Ojciec Święty zostawił w nich najskrytsze poruszenia swego serca. I proszę przypominać sobie Jego gesty i konkretne czyny. Albowiem Papież rzeczywiście zachowywał się tak, jak postępują święci.

Z kard. Stanisławem Dziwiszem - metropolitą krakowskim - rozmawiała Lidia Dudkiewicz

"Czytał" historię w Bożej perspektywie


Papież nigdy nie mieszał nacjonalizmu ze zdrowymi uczuciami narodowymi. Nie myślał też, że pojęcie narodu jest już przeżyte i należy je obalić. Wszyscy dobrze wiemy, jak Jan Paweł II walczył o Europę, lecz uważał, że nie można mówić o naszym kontynencie, pomijając narody. Każdy naród ma swoje cechy, a co za tym idzie - swoją rolę do spełnienia.

Jan Paweł II spędził sporo czasu swego pontyfikatu poza Watykanem, pielgrzymując do lokalnych Kościołów na całym świecie. Papież nie ukrywał, że mógł odbywać swe podróże apostolskie, ponieważ miał w Watykanie i w swej rzymskiej diecezji zaufanych i całkowicie oddanych mu współpracowników, takich jak kard. Joseph Ratzinger i kard. Camillo Ruini, który przez kilkanaście lat był jego wikariuszem dla Wiecznego Miasta i stał na czele Episkopatu Włoch. Te dwie funkcje mają wyjątkowe znaczenie, zważywszy na fakt, iż papież jest biskupem Rzymu i prymasem Włoch.

Z okazji 30. rocznicy wyboru kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową z emerytowanym już dziś wikariuszem Rzymu Kard. Camillo Ruini rozmawia Włodzimierz Rędzioch.

- 1978 r. nazywany jest "rokiem trzech papieży". W ciągu kilku miesięcy byliśmy świadkami ważnych i dramatycznych wydarzeń: śmierci Pawła VI, wyboru i śmierci Jana Pawła I oraz następnego konklawe, podczas którego wybrano pierwszego od czterech wieków papieża cudzoziemca. Jak przyjął Ksiądz Kardynał wiadomość o wyborze Arcybiskupa Krakowa na Stolicę Piotrową?
- W 1978 r. byłem kapłanem włoskiej diecezji Reggio Emilia. Wieczorem 16 października, gdy wróciłem do domu, zauważyłem, że na portierni włączony był telewizor i to z telewizji dowiedziałem się o wyborze nowego papieża. Przyjąłem tę wiadomość ze zdziwieniem. Na początku nie zdawałem sobie nawet sprawy, kim był kard. Wojtyła, dopiero później zrozumiałem, że chodzi o arcybiskupa Krakowa. Wkrótce jednak radość zastąpiła początkowe zdziwienie. Byłem zadowolony z dwóch powodów: wybrano na papieża kardynała właśnie z Polski, co było faktem pozytywnym i bardzo znaczącym, oraz zerwano wreszcie z tradycją wyboru papieża Włocha. Serce mi się otworzyło, gdy na początku pontyfikatu usłyszałem jego zdecydowany głos (chociaż jego włoski nie był jeszcze całkowicie poprawny). Odniosłem wtedy wrażenie, że mamy do czynienia z człowiekiem fascynującym, który potafi dawać świadectwo swojej wiary.

- Kiedy po raz pierwszy spotkaliście się z Janem Pawłem II i jakie wrażenia wyniósł Ksiądz Kardynał z tego spotkania?
- Po raz pierwszy spotkałem się z Ojcem Świętym jesienią 1984 r. Byłem wówczas jednym z wiceprzewodniczących komitetu przygotowującego kongres Kościoła włoskiego w Loreto. Jan Paweł II przypisywał temu kongresowi wielkie znaczenie, dlatego chciał się ze mną zobaczyć, zaproszono mnie więc na kolację. Uderzyło mnie wtedy, z jak wielką uwagą Papież słuchał i jak precyzyjne zadawał mi pytania. Ojciec Święty bardzo dobrze znał sytuację Kościoła we Włoszech; podzielałem jego przekonania na temat potrzeb Włoch i jego Kościoła. Byłem również pod wrażeniem jego prostoty oraz naturalności więzi, która się wtedy zrodziła między nami.

- Eminencja śledził pierwsze lata pontyfikatu Jana Pawła II z perspektywy jednej z włoskich diecezji. Jak ludzie postrzegali na początku papieża nie-Włocha?
- Dla ludzi nie było problemu papieża cudzoziemca - Włosi nie są nacjonalistami, a tym bardziej szowinistami. To prawda, że ktoś próbował podkreślać fakt, iż Papież pochodzi z innego świata, a zatem nie może dogłębnie rozumieć naszych problemów. Uważano także, że z punktu widzenia eklezjalnego na wschodzie Europy - tzn. za żelazną kurtyną - Sobór Watykański II nie wywarł dostatecznego wpływu. Były to idee, które krążyły jedynie w niektórych środowiskach medialnych i kościelnych. Ludziom natomiast, ogólnie rzecz biorąc, Papież podobał się, gdyż napełniał ich uczuciami ufności i optymizmu oraz przekazywał głęboką i autentyczną wiarę.

- W 1991 r. Jan Paweł II wezwał Księdza Kardynała do Wiecznego Miasta i powierzył Eminencji odpowiedzialny urząd wikariusza dla diecezji rzymskiej. Relacje między papieżami a Rzymem mają szczególny charakter, ponieważ papież przewodzi Kościołowi katolickiemu właśnie jako biskup Rzymu. Jak scharakteryzowałby Ksiądz Kardynał stosunek Jana Pawła II do Rzymu i jego mieszkańców?
- Papież był świadomy znaczenia Rzymu i jego powszechnego charakteru, któremu odpowiada uniwersalność pontyfikatu biskupa Rzymu. Ileż razy - również w rozmowach prywatnych - podkreślał, że jest najwyższym duszpasterzem Kościoła powszechnego, papieżem, ponieważ jest biskupem Rzymu - ten tytuł: "biskup Rzymu" nadawał jego misji charakter uniwersalny. Dlatego stosunek Ojca Świętego do Rzymu nie był czymś dodatkowym, drugorzędnym, lecz stanowił trzon pontyfikatu. Poza tym Jan Paweł II autentycznie kochał Rzym - kard. Stanisław Dziwisz w swej książce "Świadectwo" wyjawił, że Papież co wieczór, przed pójściem na spoczynek, błogosławił swe miasto. Chciałbym dodać, że Ojciec Święty przywiązywał dużą wagę do spraw Rzymu. Wystarczy wspomnieć jego duszpasterskie wizyty w parafiach rzymskich oraz kontakty, które utrzymywał z tutejszymi kapłanami, seminarzystami, intelektualistami, studentami oraz chorymi i ubogimi.

- Przez wiele lat Ksiądz Kardynał był odpowiedzialny za Kościół we Włoszech, najpierw jako sekretarz, a następnie jako przewodniczący Konferencji Episkopatu. Z tej perspektywy mógł Eminencja śledzić misję Papieża w swym kraju. Czym był dla Kościoła włoskiego pontyfikat Jana Pawła II?
- Więzi Jana Pawła II z Włochami były bardzo głębokie. Zdawał sobie sprawę, że jako biskup Rzymu jest prymasem Włoch i chciał wypełniać tę rolę jako "sługa sług Bożych". Papież uważał, że Kościół włoski nie był dostatecznie świadomy swego wielkiego bogactwa, swych potencjalnych możliwości, a w konsekwencji swej odpowiedzialności. Świadczy o tym papieski list skierowany w 1994 r. do biskupów Włoch, dotyczący odpowiedzialności katolików włoskich. Papież napisał w nim, że Włochom powierzone jest w Europie wielkie zadanie zachowania i ubogacania wielkiego skarbca wiary i kultury, który został przyniesiony do Rzymu przez apostołów Piotra i Pawła. Ojciec Święty utrzymywał - cytując często prezydenta Pertiniego, z którym łączyły go więzy prawdziwej przyjaźni - że włoscy księża nie doceniają dostatecznie wagi Kościoła we Włoszech; a tymczasem ze względu na jego głębokie korzenie, na Kościele włoskim spoczywa szczególna odpowiedzialność w Europie i na świecie.

- Krytycy i wrogowie Jana Pawła II nazywali go "polskim Papieżem", aby podkreślić w ten sposób jego domniemany nacjonalizm i prowincjonalność. A jak Ksiądz Kardynał postrzegał miłość Jana Pawła II do jego ziemskiej ojczyzny?
- Ileż razy przy stole Jan Paweł II opowiadał mi historię swej ojczyzny, którą tak dobrze znał! Aby zrozumieć jego uczucia do ojczyzny, należy mieć na uwadze to wszystko, co powiedział - np. w siedzibie Narodów Zjednoczonych - na temat narodu i społeczności międzynarodowej pojmowanej jako rodzina narodów. Dla Papieża naród nie był czymś zamkniętym w samym sobie i antagonistycznym w stosunku do innych narodów, lecz czymś pierwotnym i fundamentalnym, wspólnotą kulturową, w której formują się ludzie, rodziny i cała cywilizacja. Dlatego dla Papieża pojęcie narodu było czymś pozytywnym, chociaż dobrze zdawał sobie sprawę z istniejącego ryzyka i wypaczeń nacjonalizmu. Papież nigdy nie mieszał nacjonalizmu ze zdrowymi uczuciami narodowymi. Nie myślał też, że pojęcie narodu jest już przeżyte i należy je obalić. Wszyscy dobrze wiemy, jak Jan Paweł II walczył o Europę, lecz uważał, że nie można mówić o naszym kontynencie, pomijając narody. Każdy naród ma swoje cechy, a co za tym idzie - swoją rolę do spełnienia. Miłość Jana Pawła II do Polski nie przeszkadzała mu kochać wszystkich ludzi. Jeżeli ktoś zrobił naprawdę wiele dla całego świata, szczególnie dla krajów najuboższych, to był to Karol Wojtyła.

- Niestety, wiele środowisk - w tym również środowisk kościelnych - postrzega narody jako przeszkodę w budowaniu zwartej Unii Europejskiej. Czy nie powinniśmy - szczególnie na obecnym etapie ewolucji UE - przypominać ludziom idee Jana Pawła II dotyczące Europy?
- Zbyt często Unia Europejska stara się przywłaszczyć sobie kompetencje przysługujące narodom - to poważne niebezpieczeństwo. Jeżeli chcemy dobrze budować Europę, musimy to robić na bazie pomocniczości. A to oznacza, że Europa powinna zajmować się tylko tym, czego nie potrafią lepiej zrobić same narody. Błędne jest odgórne narzucanie standardów "europejskich" dotyczących życia społecznego i rodzinnego. To oczywiste, że sposób życia i mentalność Polaków, Hiszpanów czy Skandynawów są bardzo różne, a ignorowanie tych różnic prowadzi jedynie do niepotrzebnych napięć.

- Jaka więc jest rola Unii Europejskiej?
- Unia Europejska powinna zajmować się przede wszystkim wielkimi problemami gospodarczymi, obroną i polityką zagraniczną, gdyż działając wspólnie w tych dziedzinach, może być skuteczna.

- Eminencja nazwał Jana Pawła II "człowiekiem Bożym". Co to oznacza?
- Określenie to ma dwa wymiary. Ktoś jest "człowiekiem Bożym", ponieważ Bóg jest Panem tego człowieka, Bóg wziął go poniekąd w posiadanie, uczynił go "swoim". Po drugie - Karol Wojtyła był "człowiekiem Bożym", gdyż Bóg był centrum jego życia. Znaczące jest, że Papież uznawał Mszę św. za centralny punkt każdego dnia. To najlepiej świadczy o jego stosunku do Boga.
Jeżeli chodzi o wielkie problemy na scenie międzynarodowej, w Papieżu uderzało to, że "czytał" historię w Bożej perspektywie, wystarczy przypomnieć jego encyklikę "Centesimus annus". Co ciekawe, również na sprawy bieżące i codzienne patrzył z tej perspektywy. Dlatego w przypadku Papieża modlitwa i działanie były ze sobą ściśle powiązane - ten człowiek żył w obecności Boga i starał się zawsze czynić Jego wolę.

- Pontyfikat Jana Pawła II był jednym z najdłuższych w historii Kościoła, dlatego zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwe dokonanie jego analizy. Czy możemy jednak w sposób syntetyczny powiedzieć, jakie znaczenie miał ten pontyfikat dla Kościoła i dla świata?
- Pontyfikat Jana Pawła II miał wielkie znaczenie. Wszyscy pamiętają jego wkład w obalenie żelaznej kurtyny. Uważam jednak, że najważniejsze jest to, co Papież uczynił dla odbudowania zaufania do Kościoła i jego misji, dla przywrócenia godności i dochodzenia praw ludów ubogich, jak również dzieci nienarodzonych. Kluczem do zrozumienia jego pontyfikatu jest relacja Jana Pawła II z Bogiem, która wywierała wpływ na działania duszpasterskie i wydarzenia historyczne. Ojciec Święty był głęboko przekonany, że sekularyzacja nie jest faktem nieuchronnym i nieodwracalnym - niekoniecznie świat i historia będą oddalać się od Boga. Gdy go poznałem w 1984 r., był już przekonany, że świat w pewnym stopniu rozpoczynał nowy etap historii i że najsilniejszą falę sekularyzacji mamy już za sobą. W jego zawołaniu "Nie lękajcie się!" zawarte już było to fundamentalne przekonanie.
Z wikariuszem Rzymu Kard. Camillo Ruini rozmawiał Włodzimierz Rędzioch.

Z drżeniem serca patrzyłem w elektrokardiogram


Z dr. Renato Buzzonettim rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Papież był pacjentem posłusznym i uważnym; zawsze chciał wiedzieć, jaka jest przyczyna jego mniejszych lub większych problemów zdrowotnych. Był bardzo precyzyjny w sygnalizowaniu symptomów. Jan Paweł II nigdy nie okazywał zniechęcenia czy przygnębienia w cierpieniu, które akceptował świadomie i z odwagą. Nie lubił natomiast zastrzyków - choć tolerował je, by wyzdrowieć.

Od kiedy pojawił się na Placu św. Piotra - uśmiechnięty, energiczny, kroczący dynamicznym krokiem po schodach Bazyliki - nazywano go atletą Boga. Wydawało się, że ten mocny i tryskający zdrowiem mężczyzna bardzo długo nie będzie potrzebawał lekarzy, lecz wszystko zmieniło się wiosennego dnia 1981 r. Kule wystrzelone z pistoletu mordercy nie zabiły go, lecz poważnie nadwątliły jego zdrowie. Od 13 maja 1981 r. Jan Paweł II stał się także "Papieżem cierpienia" - choroba i ból stały się nierozłącznym elementem jego życia, a rzymska poliklinika Gemellego - jego trzecim domem (Papież nazywał ją trzecim Watykanem). Z czasem choroba Parkinsona i problemy reumatyczne sprawiły, że Papież nie mógł się samodzielnie poruszać i stał się "więźniem" swego ciała, chociaż nie przestał w sposób iście heroiczny wypełniać swojej odpowiedzialnej misji. Swych dolegliwości i ograniczeń bynajmniej nie ukrywał, wprost przeciwnie. A czynił to, by każda osoba - nawet chora i upośledzona - miała prawo obywatelstwa w społeczeństwie. Ostatnie tygodnie ziemskiej drogi Jana Pawła II stały się prawdziwą Kalwarią - Papież, który cały czas nauczał ludzi, jak mają żyć, w tym dramatycznym okresie pokazywał nam, jak należy stawiać czoło śmierci. Przez prawie 27 lat, aż do 2 kwietnia 2005 r., przy Janie Pawle II czuwał jego osobisty lekarz - dr Renato Buzzonetti, szczególny świadek życia "Papieża cierpienia". (W. R.)

- Pan Doktor przeszedł do historii jako lekarz trzech papieży. Kiedy po raz pierwszy spotkał się Pan Doktor z Janem Pawłem II?
- W Sali Królewskiej (sala Pałacu Apostolskiego sąsiadująca z Kaplicą Sykstyńską) kilka minut po pierwszym uroczystym błogosławieństwie, którego Jan Paweł II udzielił z Loży Błogosławieństw - byłem wtedy lekarzem konklawe, kierowałem ekipą medyczną, której zadaniem była opieka sanitarna nad jego uczestnikami. Nieco wcześniej widziałem nowo wybranego Papieża wychodzącego z Kaplicy Sykstyńskiej - jego nowa biała piuska wydawała się płynąć ponad świętującym tłumem otaczających go kardynałów i prałatów. Zatrzymał się w Sali Królewskiej, by pozdrowić purpuratów, którzy brali udział w konklawe. Ktoś musiał go poinformować o mojej długiej znajomości z bp. Andrzejem Deskurem, który w tych dniach został przewieziony w ciężkim stanie do polikliniki Gemellego, gdyż Papież, widząc mnie, położył mi rękę na ramieniu i zapytał o najnowsze wiadomości dotyczące stanu zdrowia swego wielkiego przyjaciela. Odpowiedziałem, że telefony są zablokowane z powodu konklawe, lecz Papież nalegał: "Niech się Pan dowie, pomimo wszystko". Nie mogłem wówczas przewidzieć, że kilka miesięcy później, 29 grudnia, zostanę wezwany do Ojca Świętego, który zaproponuje mi, bym został jego osobistym lekarzem. Co prawda, od 1965 r. współpracowałem z watykańską służbą zdrowia, będąc na całym etacie w jednym z największych i najlepszych szpitali Rzymu, ale wcale nie znałem Karola Wojtyły, nawet z widzenia.

- Kto więc zaproponował, by został Pan lekarzem Jana Pawła II?
- W godzinach popołudniowych 29 grudnia, gdy byłem w pracy w szpitalu San Camillo, zadzwonił do mnie ks. prał. John Magee, drugi prywatny sekretarz Papieża, i poprosił mnie, bym przyszedł do niego. Udałem się do papieskiego apartamentu wieczorem, przekonany, że ksiądz prałat ma grypę. Czekałem na niego, lecz ku memu zdziwieniu - w saloniku zjawił się Jan Paweł II z dwoma polskimi lekarzami. Papież poprosił, bym usiadł przy stole, po czym zaproponował mi stanowisko osobistego lekarza. Chociaż był osobą zdrową, poinformował dokładnie o przebytych chorobach. Tego wieczoru zaprosił mnie również na kolację. Następnego dnia napisałem list do ks. Stanisława Dziwisza, informując, że akceptuję propozycję i że w przyszłości podam się do dymisji, jeżeli Papież będzie tego chciał. W tym samym liście dodałem, że będę krytykowany za podjęcie się tak poważnego zadania i że Papież też będzie krytykowany za to, że mnie wybrał - moje przewidywania sprawdziły się.

- Spędził Pan Doktor u boku Jana Pawła II prawie 27 lat, towarzysząc mu wszędzie, również w jego liczych podróżach zagranicznych. Jakie były Wasze stosunki?
- Nasze stosunki charakteryzowała wielka prostota. Ja zawsze byłem z nim szczery, na sposób synowski i pełen szacunku, on z kolei darzył mnie głębokim zaufaniem.

- Jaki był Jan Paweł II jako pacjent?
- Papież był pacjentem posłusznym i uważnym; zawsze chciał wiedzieć, jaka jest przyczyna jego mniejszych lub większych problemów zdrowotnych, chociaż nie była to jakaś obsesyjna ciekawość. Był bardzo precyzyjny w sygnalizowaniu symptomów choroby - wynikało to z pragnienia, by jak najszybciej wyzdrowieć i powrócić do pracy oraz do modlitwy w prywatnej kaplicy (tę postawę zachował do końca życia). Jan Paweł II nigdy nie okazywał zniechęcenia czy przygnębienia w cierpieniu, które akceptował świadomie i z odwagą. Nie lubił natomiast zastrzyków - choć tolerował je, by wyzdrowieć.

- Jan Paweł II był osobą zdrową i pełną energii - wszystko zmieniło się po zamachu. Co Pan Doktor może powiedzieć na temat tego tragicznego wydarzenia?
- Historia 13 maja 1981 r. jest dobrze znana - opowiedziano ją już setki razy. Brakuje natomiast osobistego świadectwa Ofiary, ale można je odtworzyć z gestów Jana Pawła II w tych tragicznych chwilach. W karetce, która wiozła go do polikliniki Gemellego, powtarzał bez przerwy po polsku: "Jezu, Matko moja" i nic więcej. W niedzielę po zamachu ze szpitalnego łóżka odczytał, nie bez trudności zresztą, tekst modlitwy "Anioł Pański". Do zdania, w którym mówił o przebaczeniu zamachowcy, dodał z własnej inicjatywy słowo "brat". Te dwa fakty mogą być syntezą dramatycznych chwil walki o przeżycie.

Z mojej strony chciałbym przypomnieć jedynie, że gdy Papież obudził się po pięciogodzinnej operacji w poliklinice Gemellego, powiedział: "Jak Bachelet". Odpowiedziałem mu: "Nie, ponieważ Ojciec Święty przeżył i będzie żyć, a Bachelet zginął".

Wydaje mi się, że Papież wspomniał Bacheleta, ponieważ jego śmierć w 1980 r. bardzo nim wstrząsnęła; kilka dni po zamachu odprawił w Bazylice św. Piotra Mszę św. w jego intencji (Bachelet, zamordowany przez włoskie Czerwone Brygady, był wiceprzewodniczącym Najwyższej Rady Sądownictwa, dawnym przewodniczącym Włoskiej Akcji Katolickiej i członkiem Papieskiej Rady ds. Świeckich, do której należał także kard. Karol Wojtyła).

Nigdy nie pytałem Papieża o szczegóły dotyczące zamachu. On sam kiedyś powiedział mi tylko o Ali Agcy: "Ten człowiek za wszelką cenę chciał poznać trzecią tajemnicę fatimską".

- Kiedy Pan Doktor zorientował się, że Jan Paweł II cierpi na chorobę Parkinsona?
- Pierwsze symptomy choroby Parkinsona odnotowałem około 1991 r., chociaż patrząc z perspektywy lat, muszę stwierdzić, że trudno określić dokładnie moment, kiedy Papież odkrył swą chorobę. Przez długi czas Ojciec Święty nie przykładał wagi do swych dolegliwości i dość późno zaczął pytać o przyczynę drżenia ręki. Wytłumaczyłem mu wtedy, że jest ono symptomem tej właśnie choroby neurologicznej. Dodałem jednak, że od drżenia ręki nikt jeszcze nie umarł, chociaż może być ono bardzo uciążliwe. Wkrótce jednak sytuacja stała się jeszcze bardziej delikatna, gdyż pojawił się nowy problem - trudności z utrzymaniem równowagi. W następnych latach Papież zaczął cierpieć również z powodu poważnych problemów reumatycznych, szczególnie w prawym kolanie, co sprawiło, że nie mógł ani swobodnie chodzić, ani stać przez dłuższy czas.

- Jak Ojciec Święty znosił bóle i dolegliwości, które ograniczały jego ruchy i swobodne poruszanie się?
- W ostatnich czasach ból fizyczny był silny, ale nie był to jedyny ból, który Papież odczuwał - cierpiał bardzo z powodu swojej bezradności, bezradności człowieka przykutego do fotela i łóżka, który stracił swą fizyczną niezależność. To było dla niego źródłem wielkiego cierpienia duchowego - było to cierpienie człowieka na krzyżu, który akceptował wszystko z odwagą i cierpliwością. Papież nigdy, nawet w ostatniej fazie życia, nie prosił o środki uśmierzające ból. Później przyszły dni całkowitej niemocy fizycznej - nie mógł chodzić, ledwo mówił cichym głosem, oddychał z trudem, przyjmował pokarmy z coraz większym problemem. Jakże odległe wydawały się pamiętne Światowe Dni Młodzieży, ważne przemówienia do międzynarodowych gremiów, wspinaczki w Dolomitach, wakacje na nartach, męczące wizyty duszpasterskie w parafiach Rzymu...

- Czy utkwił Panu Doktorowi w pamięci jakiś szczególnie dramatyczny moment?
- Było to w marcu 2005 r., gdy po zabiegu tracheotomii Papież musiał stawić czoło nowej i trudnej rzeczywistości, ponieważ uświadomił sobie, że nie może mówić. Poprosił s. Tobianę o kartkę, na której drżącą ręką napisał po polsku: "Co oni mi zrobili! Ale... Totus Tuus". Ojciec Święty zdał sobie sprawę, że nagle znalazł się w nowej, nieznośnej sytuacji, ale natychmiast chciał "unieść się" ponad ten problem egzystencjalny, powtarzając akt zawierzenia Matce Bożej.

- Gdy Jan Paweł II był jeszcze w dobrej formie fizycznej, prasa donosiła o papieskich "wypadach" poza Watykan. Czy Pan Doktor brał w nich udział?
- Oczywiście. W pierwszych latach pontyfikatu były to wycieczki do podrzymskich miejscowości w górach lub nad morzem, podczas których Papież odbywał długie spacery pieszo lub na nartach. Z czasem marsze stawały się coraz krótsze, a wycieczki kończyły się długim postojem w panoramicznych miejscach, w cieniu namiotu, który rozbijano pod szczytami często jeszcze zaśnieżonych gór. Posiłek na świeżym powietrzu był dla Jana Pawła II okazją do biesiadowania z towarzyszącymi mu osobami. O zachodzie słońca, przed powrotem do Rzymu, Ojciec Święty lubił słuchać góralskich pieśni w wykonaniu jego orszaku, do którego dołączali również watykańscy żandarmi i włoscy policjanci z eskorty. Moim zadaniem było dyrygowanie tym improwizowanym chórem przed rozbawionym Papieżem.

- Jan Paweł II był pacjentem, lecz dla Pana - katolika - był także Najwyższym Kapłanem. Jak Pan Doktor postrzegał duchowość "swego" Papieża?
- Jan Paweł II żył w intymnym związku z Bogiem, który opierał się na ciągłej kontemplacji i modlitwie. Miał "żelazną" wiarę i duszę, w której odzwierciedlał się cały polski romantyzm i słowiański mistycyzm. Był człowiekiem o dociekliwej inteligencji, o wielkich zdolnościach podejmowania szybkich decyzji, o niebywałej pamięci, a przede wszystkim o ewangelicznych zdolnościach kochania, dzielenia się z innymi, przebaczania.

- Pan Doktor był jedną z nielicznych osób - obok osobistych sekretarzy i sióstr służących Papieżowi w apartamencie - które asystowały Janowi Pawłowi II w ostatnich dniach jego ziemskiej egzystencji. Co Pan pamięta z tych dramatycznych dni?
- Były to dni, które wycisnęły na mnie głębokie piętno. Dni naznaczone wielkim zaangażowaniem zawodowym, bolesnym uczestniczeniem w dramacie ludzkim i religijnym, który rozgrywał się na moich oczach, olbrzymim napięciem wynikającym z ciążącej na moich barkach odpowiedzialności i nieprzerwaną modlitwą w łączności z Papieżem cierpiącym na swym mistycznym krzyżu.

Pozwoli Pan, że zacytuję moje notatki z tych krytycznych dni, które ciągle są jeszcze żywe w mojej pamięci i sercu: "Czwartek 31 marca 2005 r. około godz. 11 podczas celebrowania Mszy św. w prywatnej kaplicy Ojcem Świętym zaczynają wstrząsać dreszcze, temperatura bardzo się podnosi, po czym ma miejsce poważny wstrząs septyczny. Dzięki sprawności reanimatorów udaje się po raz kolejny opanować sytuację.

Około godz. 17 - Msza św. przy łóżku Papieża, który wychodzi z wstrząsu. Odprawiają ją: kard. Jaworski, ks. Stanisław, ks. Mietek oraz abp Ryłko. Ojciec Święty ma przymknięte oczy; lwowski Kardynał udziela mu sakramentu namaszczenia chorych. W momencie konsekracji Papież dwukrotnie podnosi prawą rękę, a w chwili wypowiadania 'Agnus Dei' (Baranek Boży) robi gest uderzania się w pierś.

Po Mszy św., na zaproszenie ks. Stanisława, wszyscy obecni całują dłoń Ojca Świętego. Papież zwraca się po imieniu do każdego z obecnych, po czym dodaje: "Po raz ostatni". Ja, przed pocałowaniem ręki, mówię głośno: "Ojcze Święty, wszyscy Cię kochamy i całym sercem jesteśmy z Tobą". Jest czwartek, więc Papież chce odprawić godzinę adoracji eucharystycznej: lektura, psalmy i śpiewy pod przewodnictwem s. Tobiany.

Piątek 1 kwietnia 2005 r. Ojciec Święty celebruje Mszę św., po czym prosi, by odprawić Drogę Krzyżową (przy każdej z 14 stacji czyni znak krzyża), następnie wysłuchuje lektury godziny przedpołudniowej ('Ora Terza') z Liturgii Godzin, którą czyta ks. Tadeusz Styczeń. Personel lekarski cały czas zapewnia Papieżowi opiekę.

Sobota 2 kwietnia 2005 r. - przy łóżku Jana Pawła II zostaje odprawiona Msza św., którą on jeszcze uważnie śledzi. Po jej zakończeniu prosi, wymawiając niewyraźnie słowa, by czytano mu Ewangelię według św. Jana - ks. Styczeń wypełnia papieskie życzenie i pobożnie recytuje dziewięć rozdziałów.

Około godz. 15.30 Ojciec Święty po polsku szepcze s. Tobianie słowa: "Pozwólcie mi odejść do Pana..." Abp Dziwisz powiedział mi o tym kilka minut później. Było to papieskie: Dokonało się - "Consummatum est" (J 19, 30).

Nie było to pasywne poddanie się chorobie ani ucieczka od cierpienia, lecz głęboka świadomość uczestniczenia w drodze krzyżowej, która zbliżała się do swego kresu - spotkania z Panem. Papież nie chciał opóźniać tego spotkania, na które oczekiwał od lat swej młodości - po to żył. Były to więc słowa oczekiwania i nadziei, ponownego i ostatecznego oddania się w ręce Pana.

W tym samym czasie wraz z kolegami musiałem stwierdzić, że choroba weszła nieuchronnie w końcową fazę. Nasze działania były walką prowadzoną z cierpliwością, roztropnością i pokorą, gdyż byliśmy świadomi, że zakończy się klęską. Świadome i mądre działanie lekarzy, racjonalne stosowanie technik, uczucia najbliższych osób - to wszystko było nacechowane całkowitym i miłosiernym respektem w stosunku do cierpiącego człowieka. W żadnym wypadku nie mieliśmy do czynienia z uporczywą terapią.

Po godz. 16 Ojciec Święty powoli tracił świadomość. O godz. 19 zapadł w śpiączkę. Był to początek jego agonii, gdyż monitor wykazywał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 20 abp Dziwisz, kard. Jaworski, ks. Mietek i abp Ryłko rozpoczęli Mszę św., którą odprawiano przy łóżku papieskim. Na nocnej szafce paliła się świeca. Polskie pieśni mieszały się ze śpiewami, które dochodziły z wypełnionego ludźmi Placu św. Piotra.

O godz. 21.37 Ojciec Święty zmarł. Po kilku minutach ciszy obecni odśpiewali po polsku «Te Deum»; w tym samym momencie wierni na placu zobaczyli oświetlone okno papieskiej sypialni".

- W ostatnich momentach życia Papieża był Pan bezsilnym świadkiem jego agonii i śmierci. Lekarz musiał przemienić się w Cyrenejczyka...
- Dla lekarza chrześcijanina - jakże często zapracowanego i bezimiennego Cyrenejczyka - agonia człowieka jest ikoną agonii Chrystusa. Każdy człowiek ma swoje rany, niesie koronę cierniową, z trudem wypowiada swe ostatnie słowa i zawierza się komuś, kto nieświadomie powtarza gesty Matki Bożej, pobożnych niewiast, Józefa z Arymatei. Śmierć Jana Pawła II dotknęła mnie w sposób szczególny. Była to śmierć człowieka, który doświadczył momentów walki i chwały, a teraz, obnażony ze wszystkiego, stawił się na spotkanie ze swym Panem, aby zwrócić Mu klucze królestwa. W tej chwili cierpienia i zdumienia wydawało mi się, że jestem nad jeziorem Genezaret - historia zaczynała się od początku, a Chrystus przygotowywał się do powołania nowego Piotra. Linia elektrokardiogramu rejestrowała koniec wielkiej ziemskiej przygody człowieka, którego lud Boży już uznawał za wielkiego i świętego.

Z dr. Renato Buzzonettim rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Droga do świętości


Stojąc przez kilka godzin w kolejce do grobu Papieża Tysiąclecia, Papieża Nadziei, wraz z pielgrzymami z całego świata, w modlitwie, smutku, zadumie, refleksji, złożyłem hołd i podziękowanie mojemu Wielkiemu Koledze - Przyjacielowi Boga i człowieka. Powracały wspomnienia... z gorzką świadomością, że przeszłość minęła bezpowrotnie.
Gdy niedawno modliłem się w Rzymie przy grobie Papieża Jana Pawła II, mojego kolegi z klasy, stanęły mi przed oczami wszystkie lata spędzone z Lolkiem. A kiedy wróciłem do domu, wyjąłem z biurka i jeszcze raz przeczytałem ostatni list, który od niego otrzymałem. Było to na kilka dni przed śmiercią Ojca Świętego.

"Cześć, chłopcy, wracam do domu"
Doskonale pamiętam nasze szkolne lata. Aż do matury w 1938 r. uczęszczałem z Lolkiem do tej samej klasy w Państwowym Gimnazjum Męskim typu neoklasycznego im. Marcina Wadowity w Wadowicach.
Lolek był zwyczajny i niezwyczajny zarazem. Jak każdy z nas, lubił sport. Zamiłowanie do sportu, szczególnie do gry w piłkę nożną, zaszczepił w nim starszy od niego o 14 lat brat Edmund - Mundek. Zabierał on Lolusia na spotkania piłkarskie. Słupki bramek stanowiły zwykle kamienie i tornistry, a Mundek czasami stawiał kilkuletniego braciszka za słupek na bramce. Lolek początkowo grał jako obrońca, nazywaliśmy go Martyną (znakomity obrońca lwowskiej "Pogoni"), potem już stale był bramkarzem, a że bary miał szerokie, zasłaniał pół bramki. W mieszkaniu grał też z ojcem w "szmaciankę", broniąc oznaczonej krzesłami bramki.

Do wielu spraw Lolek miał niezwykłe podejście. Wpojony przez ojca ład, porządek, wewnętrzna dyscyplina, umiejętność organizowania dnia - to wszystko sprawiało, że miał czas na modlitwę, naukę, sport; zwykle po godzinie czy maksymalnie dwóch potrafił skończyć grę, mówiąc: "Cześć, chłopcy, wracam do domu".
Pamiętam też, jak zmarła matka Lolka - byliśmy wtedy w trzeciej klasie. Ogromnie zasmucony, długo płakał, ale dzielnie zniósł ten cios. Już wtedy było widać, z jak wielką pokorą znosi tragiczne doświadczenia. Potem, gdy zmarł również jego brat Edmund, na słowa pocieszenia nauczycielki - Heleny Szczepańskiej z głębokim smutkiem odpowiedział: "Widocznie taka była wola Boga...".

Lolek w dziewczęcych bucikach
Od tamtej pory chyba bardziej lubił przebywać w domach tętniących życiem rodzinnym, gdzie byli: ojciec, matka, bracia i siostry. Szczególnie zaprzyjaźnił się z rodziną Pukłów, bardzo zresztą patriotyczną. Ojciec Józef, inżynier, zaangażowany był w Towarzystwie Gimnastycznym "Sokół", matka Zofia - w harcerstwie. Wiele wolnych chwil Lolek spędzał u nich, bawiąc się w ogrodzie z ich dziećmi: Adamem i Danką, z którą grał główne role w naszym amatorskim teatrze gimnazjalnym. Pamiętam, kiedy w maju 1929 r. Zofia Pukło prowadziła Lolka i Dankę w komunijnych strojach do fotografa, Lolek, z powodu niemożliwości kupienia wtedy chłopięcych butów, wystąpił w... dziewczęcych!
Tercjanem (dawniej: woźnym) naszego gimnazjum, który z pełnym oddaniem przez wiele lat pełnił swoją służbę, był Antoni Pyrek. We wrześniu 1935 r. w pobliżu naszego gimnazjum potrącił go samochód. Zanim w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala, Lolek przywołał z plebanii księdza, który udzielił ostatniego namaszczenia. A potem, po śmierci Pana Antoniego, z inicjatywy Lolka została przeprowadzona wśród nauczycieli i uczniów zbiórka pieniędzy dla wdowy i sześciorga osieroconych dzieci.

"Dobrze wyglądasz, jak na to, co przeżyłeś"
Ostatni raz w szkolnych ławkach spotkaliśmy się 14 maja 1938 r. Otrzymaliśmy wtedy świadectwa dojrzałości. A potem rozeszliśmy się w różne strony. 21 kolegów otrzymało powołanie do odbycia służby wojskowej w szkołach podchorążych, 14 poszło na studia wyższe, pozostali podjęli pracę; 22 brało udział w wojnie obronnej 1939 r., 12 - w walkach na Zachodzie, 5 - pod Monte Cassino, pozostali w kraju - w Armii Krajowej. Dziesięciu kolegów oddało swe młode życie za wolność Polski. Lolek, kontynuując konspiracyjnie studia polonistyczne w Krakowie, potem teologiczne, ciężko pracował jako robotnik w kamieniołomach fabryki Solvay.

Nigdy nie zapomniał o swoich kolegach ze szkoły.
Jednym z naszych kolegów - maturzystów 1938 r. wadowickiego gimnazjum jest Witek Karpiński. Brał on udział w wojnie obronnej 1939 r., walczył w szeregach Armii Krajowej w rejonie Wilna, od sierpnia 1944 r. w lasach w rejonie Kaługi ciężko pracował w łagrach sowieckich. Po pięciu latach katorgi wrócił do Polski, został aresztowany na ulicy przez UB, w lutym 1951 r. skazany na karę śmierci, w marcu 1959 r. "łaskawie" zwolniony. W czasie pobytu w więzieniu dochodziły do Witka od szkolnego kolegi - ks. Karola Wojtyły słowa pokrzepienia i zapewnienia o modlitwie.

Pamiętam, w grudniu 1968 r., w czasie naszego spotkania z okazji 30-lecia matury, w Pałacu Arcybiskupim w Krakowie, Lolek z głębokim zainteresowaniem wypytywał Witka o jego wojenne losy. "Modliłem się za Ciebie, gdy byłeś w więzieniu. Dobrze wyglądasz, jak na to, co przeżyłeś".

Karol Wojtyła był jednym z nas
Wiele życzliwości Lolek okazał też innej osobie z lat szkolnych - profesorowi Eugeniuszowi Jelonkowi, który uczył historii i matematyki, a potem został usunięty z naszego gimnazjum za antysanacyjne przekonania. Lolek, już będąc księdzem, odnalazł go jako byłego więźnia obozów hitlerowskich, pozostającego bez pracy, starającego się o rentę inwalidzką. Zapraszał go do siebie, serdecznie gościł, wspierał materialnie, pomagając przetrwać ciężką sytuację.
Gdy córki pana Jelonka zawierały małżeństwa, udzielał im błogosławieństwa. Potem, w czasie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny, Eugeniusz Jelonek był jednym z uczestników spotkania z chorymi w bazylice Ojców Franciszkanów w Krakowie. Ojciec Święty serdecznie go wtedy uściskał i pobłogosławił.
Dziś, kiedy Jan Paweł II odszedł już do Domu Ojca, z nutą żalu przywołuję w pamięci dawne chwile. Ale też z radością. To niezwykłe, że Wielki Papież Jan Paweł II wzrastał w świętości wśród nas, kolegów z ławy szkolnej. Promieniowała z niego głęboka wiara, wielka charyzma, płynęło od niego ciepło, serdeczność, przyjacielska pomoc. Na spotkaniach koleżeńskich dziękowaliśmy Niebiosom, że w okresie wspólnej młodości, gdy kształtowały się nasze charaktery, postawy moralne decydujące o naszej przyszłości, jednym z nas, tak mocno z nami związanym, był Lolek Wojtyła.

Tygodnik Katolicki, Eugeniusz Mróz. Autor jest szkolnym kolegą Karola Wojtyły, prawnikiem, mieszka w Opolu.

wszystkie artykuły z http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl


 
Wyszukiwarka

Czas ucieka






wieczność czeka

wschód słońca 03:22 UT,
zachód słońca 17:56 UT
okr. zimowy +1h; okr. letni +2h
Dziś jest: 229 dzień i 34 tydzień r.
do końca roku pozostało 136 dni
Imieniny obchodzą:
Anita, Julianna, Jacek
Twoje IP: 54.146.59.51
jesteś gościem wyświetlono razy obecnie jest gości
© by Marian Kurtycz
Ostatnia aktualizacja strony
28.05.2017
Witryna powstała 1 maja 2011 r. w dniu beatyfikacji Papieża Jana Pawła II